Blisko, daleko, coraz dalej

W teorii prawie każdy o niej marzy. Rożne chwile słabości albo butelka wina potrafią ujawnić najbardziej skrywane w głębi duszy pragnienia i potrzeby. Potrzebę miłości. Wielkiej, głębokiej, pięknej. Dość mocno wyidealizowanej i czasami nieco filmowej, naiwnie doskonałej. Niemniej jednak ta fantazja drzemie gdzieś głęboko w duszy wielu osób, choć nie każdy ma śmiałość wypowiedzieć ją na głos. Co więc stoi na przeszkodzie? Co sprawa, że relatywnie niewiele osób może cieszyć się prawdziwie bliską, kochającą relacją z drugim człowiekiem? Najczęściej Ty sam i to, co masz w swojej głowie. I Twój partner też.

Na początku prawie każdej znajomości chcemy motyli w brzuchu i od nich uzależniamy dalsze kroki w relacji. Ja dopiero z czasem zrozumiałam, jak zwodnicza dla mnie jest ta szalona mieszanka hormonów i że najczęściej prowadziła mnie w kierunku katastrofy a nie filmowej historii z happy endem. Łatwo uzależnić się od silnych emocjonalnych doznań i jazdy bez trzymanki, bo to w gruncie rzeczy dość przyjemne wyrwać się z codziennej powtarzalnej rzeczywistości i odlecieć gdzieś wysoko. Niestety, w praktyce im silniejszy haj na początku, tym boleśniej spada się później w ochtłań rozczarowania. Im bardziej wyidealizowany obraz partnera, tym trudniej później zaakceptować jego zwyczajność. I najczęściej nic dobrego z tego dla nikogo nie wynika. Motyle ok, coś tam wnoszą, wiesz, że jest jakaś chemia, może pożądanie, może dobra zabawa. Jednak gdy uświadomisz sobie, że to właściwie jedynie koktajl hormonów zmiksowany z ekscytacją, niepewnością, szalejącą częścią współczulną układu nerwowego odpowiadającego za reakcję „walcz lub uciekaj” to nieco traci to na romantyczności a wręcz w pewnym wieku, gdy nieco dojrzejesz, zdasz sobie sprawę z tego, że szukając partnera na podstawie „motyli w brzuchu” najczęściej wybierasz tego najmniej właściwego. Bo ten właściwy, który daje poczucie stabilizacji, czyli tego, że jest i nie zniknie za moment wydaje się mało ekscytujący dla wielu. Ciężka lekcja do przepracowania. Polecam zacząć zaraz po przeczytaniu tego artykułu pracę nad tym, by odkręcić w swojej głowie ten idiotyczny wzorzec a miłość znajdzie Cię jeszcze w tym wcieleniu.

Jak to jest z tym lękiem przed bliskością? Skąd się bierze i dlaczego jest taki uciążliwy dla relacji? Uciążliwy, bo kryją się za nim motywy, które dla dorosłego, świadomego człowieka nie powinny być już niczym, co determinowałoby jego życie. Wzorce, podświadome schematy, wgrane nam kulturowo lub rodzinnie programy, których na świadomym poziomie nie chcemy, ale na podświadomym powielamy, bo w takich warunkach wyrastaliśmy i trudno przeskoczyć X lat osobistych doświadczeń ze spektaklu, jaki zafundowali nam nasi rodzice w relacji do siebie nawzajem i do nas samych. Jednak czy naprawdę potrzeba dziesiątek godzin przegadanych z terapeutą i wywiercenia sobie dziury w brzuchu do etapu wczesnego dzieciństwa, czasami wręcz niemowlęctwa, żeby w końcu pojąć, że obawa przed bliskością niszczy Ci życie i nie pozwala doświadczać tego, o czym gdzieś tam głęboko marzysz? Żeby było jasne. Nigdy nie umniejszam roli psychoterapii w życiu człowieka, wręcz sama zachęcam i namawiam, że warto skorzystać i że to nic wstydliwego. Czasami po prostu przerastają mnie te analizy, zawiłe mechanizmy opisane fachowym językiem, na które poświęca się kilka godzin spotkań i właściwie co to wnosi do życia na ten moment, że jak się było dwulatkiem to mama nie zawsze umiała adekwatnie rozpoznać potrzeby dziecka? Dzisiaj jesteś dorosłym człowiekiem, który może w pełni wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Z akceptacją i współczuciem dla swojej przeszłości, ale nie czyniąc z niej wygodnej wymówki przed dorosłością. Zdarzyło mi się poznać kilka osób, które chodzą na terapię, ale odniosłam silne wrażenie, że to dla nich taka właśnie przykrywka, że niby coś robię, czego ode mnie chcecie, przecież się staram ogarnąć, ale tak naprawdę wcale w tej osobie nie czuło się determinacji,  żeby rzeczywiście miało się coś u niej zmienić. Mijały miesiące i właściwie stan ten sam. Tak jakby robiła to pod presją czyichś oczekiwań a nie dla samej siebie. Nie potrafiła wskazać konkretnego celu, po co to robi. Nie każdy kto wie, że ma problem naprawdę chce go rozwiązać. To jak z terapią małżeńską, inaczej terapią dla par. Wiele związków decyduje się na taki krok, a po cichu najczęściej jedno jest siłą ciągnięte przez drugie w akcie desperacji, ale tak naprawdę w głębi siebie skrycie marzy: „Boże, nie moglibyśmy się po prostu rozwieść/rozejść?” Koleżanka nie tak dawno opowiedziała mi o takich wynurzeniach znajomego z pracy i myślę, że to świetnie oddaje stosunek części osób do podobnych rozwiązań. Wydaje mi się, że nic człowiekowi nie pomoże, jeżeli ma zaryglowane od środka drzwi do zmiany i otwartości na samego siebie od „nieturystycznej ulicy” (to taki eufemizm wymyślony razem z koleżanką, by określić ateńską bardzo brzydką dzielnicę, w której czułyśmy się niepewnie), ucieka przed tematem o to, jak mu idzie, nie wyznacza celów, nie szuka sam na własną rękę choćby pojedynczej wskazówki co zrobić inaczej i nie próbuje wprowadzić jej w życie. Oczywiście inna historia to ludzie chorzy i w ciężkich kryzysach. Ich czasami trzeba zaciągnąć siłą po pomoc, bo sami sobie nie pomogą w najgorszych chwilach. Jednak gdy staną już na własne nogi to też często będzie wiadomo czy sami pociągną temat, bo złapali wiatr w żagle i im zależy, czy odpuszczą, żeby mieć święty spokój. Kiedyś lubiłam grzebać się w przeszłości i tych psychologicznych teoriach, dzisiaj świadomie wybieram „tu i teraz” i realne rozwiązania, które podnoszą komfort mojego życia i jakość relacji z innymi, żeby efekt mógł pojawić się możliwie jak najszybciej (co nie znaczy, że od razu), bo jak jest efekt to i pojawia się motywacja, żeby dalej podążać tą ścieżką. 

Jestem kobietą, która chyba zgodnie ze swoją numerologiczną 9 (to tak w ramach żartu, numerologia zawsze mnie nieco bawi), stawia na prawdziwe emocjonalne bezpieczeństwo i bliskość. Tego potrzebuję i przestałam się tego wstydzić. Wyrosłam jako osoba o silnie lękowym-nieco unikającym stylu przywiązania, taki kombo mix w zależności od okoliczności i jestem tego w pełni świadoma, że to wciąż raz po raz się odzywa. Pracuję, by to zmienić i w takich chwilach zwyczajnie obejść to, co podpowiada mi mój umysł. Lubię ten szczególny moment, gdy mówię sama do siebie: „Boże, co za dziecinada. Jesteś już duża, nie musisz tego robić.” Wewnętrzne dziecko czasami dochodzi do głosu i domaga się atencji. Ale dziś już wiem, że mogę dać ją sobie sama i nie prezentować zachowań demonstracyjnych w stylu 5-latki.

Jak to w życiu bywa, jak magnes przyciągam facetów o tak zwanym unikającym stylu przywiązania. My czujemy nawzajem te swoje fluidy z kilometra. Swój swojego zawsze pozna. No kropka na czole po prostu i nie mogę zdrapać. Oni wyczuwają domowe ciepełko, uczuciowość, romantyczną duszę, ja wyczuwam tę podniecającą emocjonalną niedostępność rodem z komedii romantycznych lat 90. Wiecie, o kim mówię. Mr Big z „Seksu w wielkim mieście” albo Pan Darcy z „Dziennika Bridget Jones.” Zupełnie jak mój ojciec, za którym całe życie tęskniłam, choć fizycznie był zasadniczo obecny. Emocjonalnie zupełnie w swoim świecie przez choroby. Tak bardzo był skupiony na czubku własnego nosa, że zupełnie jakby nie zauważył, że zmarła moja mama a mnie zabrała jej siostra do rodziny zastępczej. Nawet pogrzeb przegapił i wszystkie rozprawy, na których odbierano mu prawa rodzicielskie. Nic nim nie wstrząsnęło i nic go nie zmobilizowało, by zawalczyć choćby o samego siebie. A ja od tamtego momentu walczyłam z traumą poczucia najmniej ważnego człowieka na świecie. Takiego, którego nie warto nawet zauważyć, że po prostu jest i wcale wiele nie oczekuje. Emocjonalnego zaangażowania, bycia a nie bywania, uwagi, czułości, pokrzepiających słów. Pracę, którą musiałam wykonać przez 2 lata singielskiego stanu to nauczyć się akceptować to, że nie otworzę każdych drzwi i nie każdy będzie miał ochotę zaprosić mnie na swoje salony. Że u niektórych osób (mówiąc wprost, mężczyzn), na których naprawdę mi zależało lub zależy, zostanę tylko w wiatrołapie i sama decyduję czy godzę się na to z głupią nadzieją, że „coś się zmieni”, czy odpuszczam, widząc zastane warunki i idę dalej szukać bardziej gościnnego gospodarza gotowego na relację z prawdziwego zdarzenia a nie półśrodki. Jako że sama bardzo lubię autonomię i niezależność, dużo mam z tak zwanej „wolnej duszy”, najbardziej bawi mnie męski „lęk przed usidleniem”, który w praktyce oznacza, że delikwent jest dupą wołową, która nie umie stawiać własnych granic, sam sobie nie ufa i można by go przy odrobinie sprytnej manipulacji wmanewrować w coś, czego nie chce a on nie umiałby się z tego wyplątać. Modliszki zacierają ręce. Ale ostatnio przy drinku z koleżanką opowiadałyśmy sobie o podcaście „Ja i moje przyjaciółki idiotki” i rechotałyśmy z różnych typów, na jakie można trafić. Niestety przy okazji kolejnego drinka, pokusiłyśmy się o gorzką refleksję, że gdyby faceci zrobili sobie taki sam podcast o kobietach, to na bank, analizując siebie z przeszłości któraś wersja nas mogłaby z powodzeniem wylądować na czarnej liście kobiet z piekła rodem. I to było w sumie jeszcze zabawniejsze! Śmiać się same z siebie do łez! Niezaprzeczalnie tequila jest najlepszym napojem, by obśmiać własne demony i puknąć się w łeb. Tequila oczyszcza duszę. 😉 

Ale wracając do bliskości. Bo z lękiem przed bliskością tak właśnie jest. Idziesz do kogoś w gości z winem, dobrym jedzeniem i wyśmienitym nastrojem, licząc na wspaniały wieczór w miłej atmosferze zabawy, bliskości i otwartości. Ale okazuje się, że zostajesz w wiatrołapie i nikt nie zaprasza Cię na salony. Mija miesiąc, pół roku, rok, trzy lata, siedem…To tak metaforycznie celem pobudzenia podświadomości. Szczęśliwie nigdy nie spałam w prawdziwym wiatrołapie. 🙂 Czujesz się poirytowany, bo jak to tak… Niby jest ok, bo nie pada, nie wieje, jest gdzie usiąść, słyszysz jakieś wesołe dźwięki zza drzwi, więc wiesz, że coś tam się dzieje, ale… To tylko ciasny wiatrołap. Chciałoby się wejść głębiej, tam gdzie jest naprawdę domowo, błogo, blisko. Poczuć się po królewsku wpuszczonym do czyjegoś „domu.” Do serca. Poznać zapachy, zobaczyć jak ktoś mieszka, co lubi. Obejrzeć jego bibeloty i widok z okna. Ujrzeć jego krzątaninę, gdy robi herbatę i cieszy się, że przyszedłeś właśnie do niego ze swoją miłością a on może ją przyjąć i rozświetlić nią swoje mieszkanko, czując się wspaniale i będąc gotowym na rewizytę z takim samym dobrodziejstwem emocjonalnym. Po prostu z autentycznym sobą, prawdziwym i bliskim. Bez masek, bez blokad, bez lęku. Lubisz tego człowieka i chcesz poznać go jeszcze bardziej. Nie przeszkadza Ci to wcale, że nie ma tam u niego idealnego porządku, nie zwracasz na to przesadnej uwagi. No chyba że to totalna melina, to wtedy warto się zastanowić do kogo chcesz wejść i czy aby na pewno nie spotka Cię tam nic złego… Ja meliniarzy szczęśliwie nie zapoznałam nigdy, za co jestem wdzięczna losowi.

Ostatnio sporo w moim otoczeniu rozstań wieloletnich związków. We wszystkich właściwie mniej lub bardziej dosłownie chodzi o to samo. O konflikt na tle potrzeby bliskości. Jedna osoba bardzo jej pragnęła i robiła wiele dla tej relacji, wręcz poświęcała siebie, a druga widząc to, stopniowo, cegiełka po cegiełce budowała mur dookoła własnego serca, żeby tylko nie wpuścić tam swojego partnera. Co gorsza, często unikający partner z czasem zaczyna traktować tego bliskościowego jak wroga. Jak okupanta, który zabiera przestrzeń, podważa jego nieomylne przekonania o sobie samym i chce za dużo. Bo jeżeli ktoś tak bardzo dystansuje się od głębi w relacjach to pojawia się pytanie czy to tak tylko w ramach wyjątku dla tej jednej osoby, czy w ogóle dla wszystkich jest taki niedostępny? Czy naprawdę zmiana partnera coś zmieni? Najczęściej wcale nie. Bo wcale nie chodzi o to, że z tym bliskościowym partnerem jest coś nie tak. Przecież go sobie wybrał, to znaczy, że mu się podobał z jakiegoś powodu. Lękowo przywiązujący się ludzie też mają swoje za uszami i lubią testować granice nie zawsze zachowaniami zasługującymi na oklaski, ale z nimi jest jeden prosty trik, który rozwiązuje większość problemów. Po prostu dać im bliskość i bezpieczeństwo. Oni nie szukają w tym spiskowych teorii, ale czują wdzięczność i ogrzewają swe serca. W końcu normalnie. Najczęściej stopniowo, małymi krokami „oswajają się” z tym, że nie muszą stosować takich głupich zagrywek, by ich potrzeby zostały zauważone i zaspokojone. Najbardziej pod górkę mają ci o typie unikającym, bo generalnie najtrudniej im dogodzić i ci, którzy takiego partnera sobie wybrali. Unikający sami właściwie nie wiedzą czego chcą. Dasz im uczucia i ciepełko – wywęszą podstęp. Wejdziesz za blisko w ich przestrzeń – pogryzą Cię lub uciekną. Oddalisz się do własnych spraw i raz nie zagrasz, jak są przyzwyczajeni – natychmiast jest reakcja i zdziwienie, że jak to tak! Dlaczego nie jestem najważniejszy! Trudno być dla nich wystarczająco dobrym. Zawsze będzie wrażenie, że zostawiają sobie otwartą furtkę a w kieszeni noszą checklistę oczekiwań względem wybranka, by błyskawicznie odznaczać na niej niedociągnięcia absolutnie usprawiedliwiające ich dystansowanie się. Gardzą deklaracjami, rutyną i są niezastąpieni w dostrzeganiu drzazgi w oku swego partnera. Generalnie można z kimś takim wejść na romantyczną drogę, o ile jesteś istotą z innego wymiaru o anielskiej cierpliwości, niezmordowanym masochistą, który czerpie wyuzdaną przyjemność, gdy jego potrzeby są pomijane, ideałem i św. Graalem o modelowo bezpiecznym stylu przywiązania lub jesteś na tyle elastyczny myślowo, by wiatrołap nazywać „eleganckim i komfortowo urządzonym mikroapartamentem w dogodnej lokalizacji.” Twój trud wówczas na pewno zostanie wynagrodzony. Niektórzy spędzają w takich małżeństwach całe życie.

Nieco to przerysowane i na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że niesprawiedliwe. Ja piszę z perspektywy osoby, która od unikających najczęściej obrywała, dlatego kieruję w ich stronę nieco kąśliwego humoru za doznane przykrości. Zwłaszcza, że część z nich to moje bliskie i nieco dalsze Bratnie Dusze i dobrze wiem, że pod maskami ze stylów przywiązania i nieznośnego męskiego ego kryją się wspaniali faceci, którzy mają znacznie więcej zasobów w sobie niż im się wydaje w ich własnych oczach. Sami muszą chcieć to odkryć i mieć wewnętrzną gotowość, taki zew serca, który wezwie ich w odpowiednim momencie do poszukiwania nowej wiedzy, rozwiązań i do znaczącej życiowej zmiany. W głębi duszy rozumiem i akceptuję, że sterują nimi tak samo kiepskie wzorce, doświadczenia i mechanizmy obronne jak moim niegdyś zupełnie lękowym stylem przywiązania. Ale sielanka w świecie duchowym najczęściej nie ma nic wspólnego ze światem ziemskim, więc trzeba nauczyć się stawiać własne granice, bo w końcu po to jesteśmy na tym łez padole, żeby uczyć się i doświadczać. Z dwojga złego już lepiej wbić małą szpileczkę z humorem (ja teraz), ale dać jasno znać, co jest nie w porządku niż iść do kąta i płakać po cichu, nie mówiąc nic (ja przez większość życia) a potem przekształcić swoje zranienia w pasywno-agresywne komunikaty i fochy oddalające ludzi od siebie w tempie błyskawicznym. Bez mówienia wprost co jest niefajne, na pewno nic w relacjach się nie zmieni na lepsze. Świadomość to pierwszy i najważniejszy krok do tego, by po prostu dorosnąć do odpowiedzialności za samego siebie. I to, że relacje nam się nie przydarzają. Sami je sobie wybieramy i kształtujemy.

W bliskościowcu lub człowieku o lękowym stylu przywiązania najczęściej do poprawy jest to, że nie wyłapuje czerwonych flag dość szybko i angażuje się nadal napędzany własnymi wadliwymi mechanizmami w relacje, które skazują go na cierpienie. To są jego lekcje do odrobienia. Za to ten unikający, uciekając od bliskości, ucieka sam od siebie, bo prawdopodobnie po prostu siebie nie lubi i nie akceptuje. Nie chce pokazać siebie prawdziwego, bo sam sobie wydaje się nieciekawy i po co ma się wydać… Przynajmniej mnie się tak wydawało przez wiele lat, że nie mam zbyt wiele do zaoferowania i ciągle się z kimś porównywałam na swoją niekorzyść. Typ unikający ucieka od zaangażowania, bo zaangażowanie niesie ze sobą duże ryzyko i uruchamia podświadome lęki i jego wewnętrzne dziecko jest jak pancernik. Ma twardą skorupę i szybko ucieka w ciemne, podziemne kryjówki. Choć ten pancerz wcale go nie chroni tak bardzo, dlatego musi szybko chmychać. Odrzucając czyjąś miłość samego siebie też rani, bo pragnie jej mocno, ale nie umie przyjąć i otworzyć się na autentyczność, która nie jest wcale taka filmowa, doskonała i błyszcząca. Jest zwyczajna i fajna. Można się pośmiać z siebie i nikogo nie udawać. Nie trzeba mieć szczuplejszej figury, bardziej prestiżowego stanowiska ani większego mieszkania, żeby być kochanym. Można być śmiesznym i nieporadnym od czasu do czasu, a jak trzeba to powiedzieć co ważne i przegadać problem. Można czasami w przypływie emocji powiedzieć coś zupełnie od czapy, że ręce opadają, a jednak będzie Ci wybaczone, bo ta druga osoba nie zakłada, że miałeś złe intencje. Każdy ma swoje blaski i cienie, które można ukochać, podroczyć się z nimi, wypracować jakieś wspólne rozwiązania, uczyć się od siebie nawzajem i pobudzać do wzrostu. Stawać się w bliskiej, bezpiecznej relacji lepszą wersją siebie i doświadczyć nowych aspektów swojej osobowości. Otworzyć na nowe. Bez zaangażowania i bliskości cżłowiek nie ma możliwości wewnętrznie naprawdę się rozwinąć w relacji i wzrosnąć. Ile historii, tyle odcieni szarości, ale w swej istocie większość jest dość do siebie podobna albo zbudowana na podobnie niestabilnych fundamentach, na których znajduje się też kawałek historii mojego życia. 

Ale najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że ten, kto ma wobec swojego wybranka prawdziwe uczucie, zdążył się już zaangażować i w jakiś sposób przywiązać do drugiej osoby, widząc oddalenie ukochanej/ukochanego zamiast zauważyć czerwone flagi ostrzegawcze, stopniowo zaczyna akceptować ten stan rzeczy. Co gorsza, zaczyna przyjmować ten niższy standard za swój własny i rezygnuje z własnych, zupełnie zdrowych, normalnych potrzeb, żeby jakoś usprawiedliwić niepokojącą sytuację w swojej głowie. Dystans fizyczny przeplatany dystansem emocjonalnym… Mniej czułości, mniej seksu, wzdryganie się na potrzebę dotyku, chwycenia za rękę, chodzenie na dystans, obojętne spojrzenia, niechęć do opowiedzenia jak minął dzień, do podzielenia się swoimi troskami i radościami… Znajdowanie jakichś idiotycznych przewin i przywar w partnerze, które tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia. Unikający dobrze wie, co lubisz i na czym Ci zależy, więc wie też co zabrać. Wie, w który czuły punkt wbić szpileczkę, żeby zabolało i żeby zwiększyć bezpieczny dystans. Ponownie zbyt szybko się nie zbliżysz, zdąży nabić wiatrówkę ślepakami i będzie przygotowany. Nigdy za dużo uczuć w stronę unikającego! Nie może być za słodko i intymnie, dawkuj po kropelce, bo się zachłyśnie biedaczyna i uzna Ciebie za przytłaczającą kobietę lub mężczyznę, bo kobiety też bywają stricte unikające. Zakładam, że nie robi tego ten unikający typ świadomie. Nie mówimy tutaj o narcyzach i socjopatach, ale o ludziach o tak zwanym unikającym stylu przywiązania. Pogubionych we własnych potrzebach i emocjach. Jedno mówi, drugie myśli, trzecie robi, czwarte czuje. Gdyby popatrzył na siebie z dystansu to by się może też puknął w łeb, ale ponad własne ego czasami bardzo trudno wyjść.

Budzi się ten bliskościowiec po kilku latach zmęczony i poskręcany we wspomnianym wiatrołapie, który błędnie uznał za całe mieszkanie z myślą, że to już maksimum tego, co może otrzymać. Jest to bardzo bolesne uczucie, gdy zdajesz sobie z tego sprawę. Że są relacje, gdzie trzeba nastarać się znacznie mniej i nie ma potrzeby wychodzić z siebie ani ukrywać swoich potrzeb, a jest się traktowanym po królewsku. Jak oni to robią? Masz więc ochotę wykopać te zamknięte drzwi i wpaść tam z awanturą, ale po chwili reflektujesz się, że nie ma już o co walczyć. Nikt tam nie czeka i nie chce Twojego zaangażowania. Daruj sobie. Jesteś jedną z opcji, sympatycznym umilaczem czasu. Fajnie się z Tobą spotkać raz na jakiś czas i tyle. Lepszego siebie zostawię dla kogoś innego. Lepszego. 

Lubię od jakiegoś czasu pójść na impro, czyli teatr improwizowany i na ostatnim dwójka znajomych idealnie odegrała na spontanie emocje i mechanizm takiej pułapki lękowo – unikającej. Aż mnie przeszyło do szpiku kości, że mogłabym powtórnie tego doświadczyć, a przecież to spektakl, jakby nie patrzeć, komediowy. Też tam byłam w tym ciemnym miejscu i też prosiłam o „zbyt wiele”. Też chciałam wejść głębiej do czyjegoś domu z nadzieją, że zostanę tam po królewsku ugoszczona i przyjęta ze swoją miłością, ale się rozczarowałam. Moi wybrańcy tego nie chcieli. Wierzą, że ktoś inny, kto będzie mniej przytłaczający i dostarczy więcej motyli w brzuchu będzie tym właściwszym. Że wówczas uciekną od pracy nad sobą, nad relacją i będą mieli więcej emocjonalnej kontroli a relacja będzie sielankowa, bez żadnych trudności. Bo unikający ludzie bardzo boją się tę kontrolę nad swoimi emocjami stracić. Po prostu podświadomie boją się prawdziwie zakochać i być blisko, bo z jakiegoś powodu kojarzy im się to z zawłaszczeniem, usidleniem, utratą wolności. Duże ryzyko generalnie. A to bzdura! Zdrowa relacja pomieści zależność i niezależność obojga stron, zaspokoi nawet takie przeciwstawne potrzeby. Da i bliskość, i przestrzeń dla siebie. Pomieści i ciemne, i jasne. Człowiek jest w swej istocie dość pojemny i elastyczny, gdy mu zależy. Byle było bezpiecznie i czule dla niego. Byle wiedział, że jest ważny. Byle była jako taka równowaga dawania i brania bez poczucia, że ktoś eksploruje Twoje zasoby z egoistycznych pobudek, ale sam nie ma ochoty dać niczego od siebie.

Mądrość jaką nabyłam w drodze porażek i doświadczenia jest taka, że teraz jak stoję chwilę w tym wiatrołapie to się nie urządzam na tej ciasnej i niegodnej przestrzeni tylko widzę, że skoro nikt mnie nie zaprasza na salony to lepiej jest po prostu ruszyć dalej. Czasami przykro, czasami skapnie jakaś łza. Trudno. Dość wrażliwy i uczuciowy ze mnie człowiek. Ale staram się uczyć na błędach i odrabiać sumiennie swoje lekcje. Szaleństwem jest popełniać w kółko te same błędy i oczekiwać innego rezultatu. Jak strzelają dookoła czerwone pistolety to nie udaję, że ich nie widzę, tylko akceptuję, że jest jak jest, ale dla mnie to niewystarczająco i idę rozprostować kości na świeżym powietrzu. Dawka słońca, przyjemny wiaterek i chwila dla siebie pozwolą ponownie ruszyć w nieznane, by odkryć co tam jeszcze dobrego i pięknego życie mi przyniesie.

A ma na pewno wszystko co najlepsze. Wiem to. Wystarczy mieć otwarte serce, cierpliwość i wiarę, że wszystko będzie dobrze. Że jest jakiś wyższy plan Wszechświata, który zaprowadzi mnie w najlepsze dla mnie miejsce w najlepszym ku temu czasie. 

P.S. Książka „Partnerstwo bliskości. Jak teoria więzi pozwoli Ci stworzyć szczęśliwy związek?” autorstwa Amir Levine i  Rachel Heller jest absolutnym must have na półce każdego kto przynajmniej raz w życiu wpadł w pułapkę lękowo – unikającą i biczuje się sam ze sobą „why always me?!” Polecam! 🙂

Dodaj komentarz