Szerokie wody

Mam taką fantazję ostatnimi czasy… Stoję nad brzegiem oceanu. Uwielbiam widok morza, wielkiej wody, majestat ogromu żywiołu, który może zmieść wszystko w ułamku sekundy. Uwielbiam szum morza i widoki dookoła. Stoję zatem na brzegu i chcę wejść do wody, chcę wejść głębiej, ale czuję niepewność i opór. Wiem, że technicznie nie umiem pływać i mam z tego powodu kompleks, ale to poczucie wolności, jakie ma się, gdy swobodnie pozwolisz nieść się falom jest takie podniecające… Znam je z wakacji, podczas których byłam w miejscach, gdzie morze było bardzo zasolone, dlatego nie groziło mi utonięcie. Błogość, poczucie totalnego bezpieczeństwa, przyjemność doświadczania w tu i teraz piękna, które daje Matka Ziemia. Wchodzę do tej wody, chociaż czuję, że jest zimna i prądy są bardzo zmienne, wręcz nieprzewidywalne… Czuję niepokój, ale zarazem ekscytację i idę, krok po kroku, zanurzam się w morskich głębinach. Daję się swobodnie ponieść falom, pozwalam im wybrać tempo i kierunek. Ufam, że swobodnie dryfując, bez paniki, bez gwałtownych ruchów, dopłynę w najlepsze dla mnie miejsce w najlepszym do tego czasie… Odpuszczam kontrolę i ufam ze spokojem, że jest tak, jak ma być a ja mam wszelkie zasoby, by sobie na tym morzu poradzić w każdych okolicznościach. 

Połowa roku to doskonały czas na pierwsze podsumowania. Nie mam pojęcia jak czas może tak szybko lecieć. 30,5 – tyle mam już lat, a mam wrażenie, że tydzień temu szykowałam się na moją wymarzoną imprezkę 14 stycznia. Przełom maja i czerwca to były dla mnie wyjątkowo ciężkie energie. Ego walczyło z sercem i próbowało zawrócić mnie z mojej drogi, dodatkowo zalewając mnie negatywnymi emocjami. Potrzebowałam odciąć się od tego, co wytrącało mnie z równowagi i odpuścić to, na co nie mam żadnego wpływu. Dać sobie przestrzeń na powrót do wewnętrznej równowagi. Na początku roku moje Wyższe Ja poinformowało mnie, że ten rok to będzie duży test dla relacji w moim życiu i przyniesie konieczność skonfrontowania się z prawdą, że niestety nie każda osoba, dla której miałam ogrom serca, ma to serce również dla mnie. Wtedy nie wierzyłam, teraz rozumiem już wszystkie lekcje, które pojawiły się w ostatnim półroczu i były gorzką pigułką do przełknięcia. Konfrontacja tego co duchowe z tym, co najzupełniej przyziemne dała mi sporo materiału pod refleksję, że z zaufaniem do drugiego człowieka nie ma co być takim wylewnym.

Niemniej jednak w ogólnym rozrachunku pierwsze 6 miesięcy roku 2022 były dla mnie czasem naprawdę dobrym. Wypracowałam sobie równowagę emocjonalną, zrobiłam znaczące kroki w rozwoju zawodowym, osiągnęłam istotne dla mnie cele. Zamanifestowało się kilka mniejszych i większych intencji, które posłałam w zaufaniu, że spełnią się w najlepszym dla mnie czasie. Pod koniec grudnia życzyłam samej sobie wypłynięcia na szerokie wody. I czuję, że nadszedł właśnie mój czas.

Mój proces trwa od dwóch lat. To dużo czy mało? Zaczął się od kryzysu i nie raz, nie dwa zwątpienie w sens tego wszystkiego i brak pewności siebie obezwładniały mnie na przynajmniej kilka dni. Boże, po co to wszystko? Do czego ma mnie to doprowadzić? Pierwszy rok był właściwie tylko i wyłącznie zmaganiem się z samą sobą i swoimi emocjami. Pustką, lękiem, odrzuceniem i samotnością. Wszystkie cienie i demony wyszły na powierzchnię. Miłosne klęski, niepowodzenia i traumy dzieciństwa a żal i rozgoryczenie wypełniło całą przestrzeń w mojej głowie. Po roku stanęłam na nogi na tyle, by poczuć, że mogę ruszyć zawodowo po coś więcej, odważyłam się wyjść do świata, odsłonić się. Jako priorytety wybrałam niezależność emocjonalną i poprawę sytuacji finansowej. Małe kroki, wzmacniające pozytywne doświadczenia, przyzwolenie samej sobie, by w ogóle spróbować. Lęk przed porażką był jeszcze obecny w znaczącym stopniu, mocno przeżywałam oczekiwanie na feedbacki. Z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej a ja na wiosnę mogłam z zapałem podjąć kolejne wyzwanie zawodowe. Czym jest emocjonalna niezależność? Jest to stan, w którym dobre samopoczucie i poczucie własnej wartości są stabilne i nie zależą od zewnętrznych okoliczności i oceny oraz zachowań innych ludzi. Mam kontrolę nad swoim życiem, świadomie wybieram co zasługuje na moje emocjonalne zaangażowanie a co nie jest tego warte. Rozpoznaję sytuacje, gdy najlepszym dla mnie rozwiązaniem jest po prostu odpuszczenie i pójcie dalej. Nie jest jeszcze idealnie, ale jest o niebo lepiej niż było dwa lata temu.

Czy to jest warte wysiłku i poniesionych kosztów? Tak, niezaprzeczalnie. Czy dwa lata to dużo, żeby dojść do takiego bezpiecznego punktu? Część pewnie powie, że strasznie dużo. Ja nawet nie zauważyłam kiedy to zleciało. Doceniam stopniowość tego procesu i to, że karty są dla mnie odsłaniane stopniowo. Czasami to nawet zabawne i uśmiecham się sama do siebie, bo to jak poziomy w grze. Idę sobie, zbieram złote monety lub inne super odznaki mocy i jak mam odpowiednio dużo zasobów, odblokowuje się kolejny poziom świadomości i potencjału, ciut bardziej zaawansowany. Po raz pierwszy naprawdę głęboko rozumiem, że proces jest o niebo ważniejszy niż sam cel i że duża zmiana nie może nastąpić szybko i gwałtownie. Wiecie co najczęściej dzieje się z ludźmi, którzy z dnia na dzień wygrali w loteriach olbrzymie fortuny? Znaczna część z nich po kilku latach ląduje na dnie. Nie udźwignęli tego, nie byli gotowi, nie mieli wiedzy, jak sobie poradzić. Gdy dopadają mnie gorsze chwilę, uspokajam swój umysł w zaufaniu i akceptacji, powtarzając sobie, że proces jest ważniejszy niż cel. To kim się staję jest ważniejsze od tego, co osiągam.

Małe kroki są potrzebne. Dają szansę na oswojenie się ze zmianą, nauczenie się małej partii materiału i skrupulatną analizę każdej lekcji tak, żeby wyciągnąć najbardziej właściwe dla siebie wnioski, zrozumieć samą siebie, coraz bardziej ukochać siebie i dać sobie nową jakość relacji ze sobą. Pogłębić zaufanie do własnej intuicji, ale też nauczyć się zupełnie racjonalnie rozpoznawać zarówno zagrażające i niekomfortowe dla mnie sytuacje, jak i te obiecujące, na które wcześniej byłam obojętna. Na przełomie maja i czerwca przechodziłam kolejną już, tak zwaną „ciemną noc duszy”. Brzmi enigmatycznie, jednak chodzi po prostu o głęboki kryzys wewnętrzny, kiedy do głosu dochodzą wszystkie demony a myśli przypominają rodeo. Gniew, rozdrażnienie, kompletny brak uważności na zwykłe sprawy codzienne, płaczliwość, zwątpienie… Przestałam z tym walczyć. Zaakceptowałam, że od czasu do czasu tak po prostu jest, a dodatkowo energie płynące z globalnej transformacji potęgują to silne odczuwanie wszystkich emocji. W tym trudniejszym czasie wycofuję się, daję sobie przestrzeń dla siebie, na odpoczynek, sen, przyjemności, medytacje, ćwiczenia z zakresu autohipnozy, relaks na łonie natury. Wszechświat wie, co robi i robi to dla mojego najwyższego dobra. Z niczym nie trzeba się spieszyć ani za niczym gonić. Staram się wejść w rolę obserwatora i maksymalnie wyciszyć umysł. Właściwe odpowiedzi przychodzą w ciszy. Do mnie najczęściej wtedy, gdy zwyczajnie się budzę, czyli nad ranem. Wtedy mam tak zwane olśnienia z odpowiedziami na pytania, które zadawałam w transie medytacyjnym. Lekkie opóźnienie w przesyłaniu danych, ale odbiór w stanie naturalnej hipnozy jest czysty i niczym niezmącony. 😉

Wszechświat wiedział też doskonale co mi podsunąć pod nos, żeby ten majowo-czerwcowy kryzys pożegnać i dodać mi wiary w siebie. „Go girl! Już wystarczy tego użalania się nad sobą, mamy tu dla ciebie coś, co na pewno ci się spodoba!” Miałam okazję wystąpić na żywo w kilkuminutowej rozmowie w Radio Afera, gdzie opowiedziałam jak zmienia się świadomość i potrzeby młodych ludzi w zakresie budowania własnej zawodowej, ale i całożyciowej ścieżki. Przebudzenie jest bardzo widoczne i zawodowo trafiają do mnie od jakiegoś czasu osoby zupełnie podobne do mnie. To od razu się wyczuwa i łapiemy wspólne fale. Wprowadzam nowe metody do pracy, rozszerzam zakres tematyczny spotkań i płyniemy głębiej. Coraz więcej osób dokładnie tego potrzebuje. Pomocy w dotarciu do głębi własnej świadomości, poczucia bycia zrozumianym, że kryzysy, które ich trapią nie są oderwane od rzeczywistości. To po prostu globalne procesy transformacyjne. Era Wodnika, dzięki której coraz więcej osób czuje zew, który wzywa ich do podążania za głosem serca i duszy. Wszystko co jest niskowibracyjne powoli się rozpada. Ego próbuje jeszcze trzymać nas w starych schematach i utartych wzorcach działania, ale to już nie ma racji bytu. Idzie nowa jakość i nowe, znacznie wyższe standardy działania oparte na intencjach z serca i miłości. Ja w swojej pracy najbardziej lubię, tzw. „empowerment”, czyli wzmacnianie poczucia własnej wartości klienta, tak żeby zobaczył własne zasoby i uwierzył, że jest sprawczy, silny i wystarczająco dobry, by dokonać tego, czego chce dokonać. Niezmiennie zadziwia mnie jak niewiele czasami potrzeba, by dać komuś wiatr w żagle. Zrozumienie, akceptację, możliwość przegadania tematu totalnie bez barier, bez tabu, tak żeby wywlec na światło dzienne najdziwniejsze lęki, demony i schematy, które oświetlone z miejsca tracą część swojej mocy, a jak jeszcze poddamy je analizie to okazuje się, że można zdziałać całkiem dużo, o ile tylko wprowadzimy plan i małe kroki zamiast rzucania się z motyką na słońce. Akceptacja procesu jest kluczem do tego, by poddać się wewnętrznemu prowadzaniu i zacząć czerpać ogromną przyjemność z nowych doświadczeń i zmian. Twoja dusza Cię poprowadzi, pozwól jej tylko nareszcie dojść do głosu i idź za tym głosem. I wyciszaj umysł, by był spokojny i wspierający a nie sabotujący wszystko, na czym Ci zależy, ale wymaga wyjścia ze strefy komfortu i popracowania nad sobą. Umysł od tego jest, by projektować lęki i wymówki, ale żarliwe serce nie pozwoli Ci tak łatwo zapomnieć o tym, czego naprawdę pragniesz.

Jesteśmy tak kulturowo uwarunkowani, że widzimy głównie efekty jakiegoś działania, kompletnie pomijając proces dochodzenia do tych efektów. A najważniejszy proces dzieje się wewnątrz, w głębi siebie. Tam budujemy poczucie własnej wartości, pewność siebie i odwagę w podążaniu za tym, czego pragniemy. I nie ma znaczenia czy chcesz założyć własną działalność i osiągnąć biznesowe sukcesy, czy też odnaleźć prawdziwą miłość, dzięki której zbudujesz zdrową, partnerską relację marzeń i założysz rodzinę. W obu przypadkach za niepowodzenia nie odpowiadają zewnętrzne okoliczności tylko brak wiedzy, błędne przekonania, złe wzorce, ukryte schematy działania, ale przede wszystkim brak świadomości i doświadczenia, które pozwoliłyby człowiekowi uczciwie samemu przed sobą się do tego przyznać i podjąć decyzję o tym, że najwyższy czas na zmianę i wzięcie się za siebie. Działając bez planu, na oślep nie ma możliwości, by cokolwiek się udało. A najlepszy plan to taki, który bierze się z potrzeby serca. Dzięki sumiennej pracy nad sobą i podnoszeniu własnej wibracji mnóstwo szans, właściwych osób i możliwości bierze się dosłownie nie wiadomo skąd.

Po moim wiosennych kryzysie duchowym, z którego wyszłam obronną ręką Wszechświat przypomniał mi, że czas zapisać się na studia coachingowe, cel postawiony w styczniu. Określiłam sobie warunek, że albo odpowiedni kierunek otworzy się na jesieni w Poznaniu na wybranej przeze mnie uczelni albo jeszcze poczekam. I otworzył się jak malowany, skrojony na miarę moich wszystkich potrzeb i zainteresowań. Zwątpienie przyszło, gdy przeklikałam formularz rejestracyjny i zobaczyłam pięciocyfrową cenę mojej wymarzonej edukacji. Pięciocyfrową. Zostawiłam go w zawieszeniu i dałam sobie kilka dni na przemyślenie sprawy. Na ten moment jest całkiem fajnie z kasą, ale czy zdołam uzbierać co semestr kilka tysięcy złotych na ratę? Semestry są trzy. Posłałam intencję i odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewałam.

Wszechświat dał mi wsparcie niesamowitej kobiety, z którą nadajemy na tych samych falach od pierwszego spotkania. Poniekąd jest to zaproszenie do pierwszej współpracy, która wynika z pisania mojego bloga. Ktoś go czyta i poczuł, że ze mną może zrobić więcej i lepiej niż z kimkolwiek innym. Jest to dla mnie zaszczyt,  wzruszenie i ogromna dawka wdzięczności za Bratnie Dusze w moim życiu. Męskie bywają nieznośne i mają swoje ścieżki transformacji, o czym wiele razy już wspomniałam na swoim blogu, ale kobieca energia ma wszechpotężną moc miłości, kreacji i współpracy. Razem otwieramy się na takie możliwości, których na poziomie świadomym nigdy się nie spodziewałam i wręcz wypierałam niektóre możliwe scenariusze. Na poziomie duszy i serca jednak te możliwości są bardzo podniecające i totalnie zgodne z moimi wartościami, bo dają przepustkę do wolności i niezależności finansowej. Otwieram się na to i czuję dreszcz ekscytacji, jak genialnie będzie wyglądać moja rzeczywistość, gdy włożę tu i teraz zaangażowanie w zupełnie nowy projekt i odważę się zawalczyć o swoje marzenia w zaufaniu do wyższego prowadzenia. Uświadomiłam sobie niedawno jak uwielbiam rzeczy, przed którymi jeszcze kilka lat temu kompletnie się wzdrygałam. W procesie duchowej transformacji zmieniają się niektóre moje wartości. Te, które podszyte były lękiem i niskim poczuciem własnej wartości zamieniają się w takie, które podszyte są miłością do siebie i wolną, artystyczną duszą, która kreuje własną rzeczywistość z przestrzeni serca. Silna potrzeba stabilizacji i bezpieczeństwa ustępuje miejsca potrzebie autonomii i wolności. Wróciłam do wypełniania kwestionariusza rejestracji na studia z pełnym przekonaniem, że dam radę je sobie sfinansować.

Kocham różnorodność, czyli nie robić w kółko tego samego, lubię jak się dzieje i mogę doświadczać siebie w różnorodnych rolach. Lubię wystąpienia publiczne i to jak można rozwijać swoje zdolności w tym zakresie, choć pamiętam paraliżujący stres, gdy w październiku 2019 roku miałam odczytać fragment Pisma Świętego na ślubie kuzynki. Dzisiaj wyjście przed mikrofon i kamerę to przyjemność. Lubię pracę z grupą, gdzie mogę kreować przestrzeń do tego, żeby inni otwierali się, swobodnie wyrażali swoje opinie i czuli się bezpiecznie z tym, że nie ma oceniania, nie ma krytyki, nie ma jedynych i najbardziej słusznych gotowych rozwiązań. Jest akceptacja i wolność. I to wszystko mogę połączyć w nowym wyzwaniu, którego się podjęłam. Zrobiłam pierwszy zarys mojej części projektu i czuję, jak to zaangażowanie budzi duszę do kreatywności. 

Na początku czerwca wybrałam się na spotkanie networkingowe dla przedsiębiorczych kobiet i pamiętam moją konsternację, gdy uświadomiłam sobie, że… nie mam wizytówek, żeby się wymieniać. „Mmm, ale wtopa. Potrzebuję zrobić piękne wizytówki!”, taką intencję spontanicznie wysłałam, ale przez natłok prac studenckich do sprawdzania, odłożyłam ten temat „na później”. Wszechświat, rzecz jasna, nie zostawił mojego wezwania bez odpowiedzi i w skromne progi mojego biura, gdzie na co dzień pracuję wpadła nasza praktykantka po pomoc i motywacyjnego kopniaka doradcy zawodowego. Ona zaczyna kreować karierę jako grafik i potrzebuje wziąć się na poważnie za swoje portfolio, ja potrzebuję wizytówek. Większość nazwie to przypadkiem, ja nazywam to synchronicznością i manifestowaniem intencji. 😉 Projekty już się tworzą.

Nie tak dawno plotkowałam z przyjaciółką o tym, jak rozpoznać, że zachodzi w człowieku jakaś zmiana? Zapytała mnie co dla mnie jest wyznacznikiem tego, że rozwój duchowy ma sens i kto jest wystarczająco godnym zaufania autorytetem, żeby powiedzieć mi, że dobrze sobie radzę. Odparłam dość jednoznacznie, że ja sama. Nie ma nikogo z zewnątrz. Widzę te zmiany i odczuwam jest wyraźnie sama w sobie i odczuwam w ciele. Może dla kogoś postronnego byłyby mało znaczące, dla mnie są kamieniem milowym i bardzo je doceniam. Bo to poczucie wewnętrznej siły jest w sobie i tam sprawdzam jak się czuję z decyzjami, które podjęłam w ostatnim czasie, nie potrzebuję zewnętrznego potwierdzenia słuszności, choć jak każda chyba kobieta lubię przegadać emocje z innymi kobietami. Jeżeli czuję spokój i ulgę, pewność, że to była dobra decyzja dla mnie (czasami niełatwa) to jestem zadowolona. Nie daję się już na zbyt długi czas pochłonąć własnym myślom i emocjom, wiem, że są chwilowe i najczęściej jak ochłonę to inaczej spojrzę na sprawę. Niemniej jednak akceptuję je i obserwuję uważnie, widzę jak łatwo stare schematy mogłyby mnie wyprowadzić na manowce, gdyby nie stopniowy rozwój świadomości. Warstwy ego stopniowo odpadają, serce przechwytuje stery. Wybieram to, co najlepsze dla mnie.

Niech się dzieje. Odpuszczam kontrolę i daję się ponieść falom w pełnym zaufaniu. Czuję, że droga połowa roku to będzie iście wywrotowy czas dla mojego życia i świadomości. Wierzę, że przyniesie mi zaskakujące cuda, wymarzone prezenty i niewyczerpane pokłady wdzięczności za wszystko czego doświadczam w duchowej wędrówce po tym łez padole. 

Jeżeli potrzebujesz wsparcia w transformacji swojej kariery i odkryciu naturalnych talentów zapraszam do kontaktu! Będę Twoim partnerem w procesie zmiany. 

Poniżej znajdziecie zapis krótkiej rozmowy ze mną w Radio AFERA. Była to ogromna niespodzianka i przyjemność. W liceum jeździłyśmy z przyjaciółką na warsztaty dziennikarskie do Bydgoszczy i wówczas po zajęciach w studiu radiowym pomyślałam, że się nie nadaję, choć wzbudzało to we mnie entuzjazm. Myślałam, że mój głos jest piskliwy i nieprzyjemny w odbiorze. Teraz myślę, że jest całkiem fajny i na zajęciach z emisji przekonałam się jakie piruety mogę nim robić ku mojej ogromnej uciesze. Śpiew, recytacja, improwizacja – niesamowita zabawa z poezją i muzyką. Ale co najważniejsze, wierzę już w to, że ten głos ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia i może zmieniać choćby malusieńki kawałek świata wokół siebie na lepszy.

Mogę powiedzieć, że spełniło się jedno z moich małych marzeń i znowu mam apetyt na więcej. 😉 

Dodaj komentarz