Przebudzenie dzikiej kobiety

Tak o Dzikiej Kobiecie pisze Clarissa Pinkola Estes, autorka książki “Biegnąca z wilkami”:
 
“Jest siłą Życia-Śmierci-Życia, inkubatorem. Jest intuicją, przewidywaniem, uważnym słuchaczem, wiernym sercem. Zachęca istoty ludzkie, by pozostały wielojęzyczne; by posługiwały się płynnie językami marzeń, namiętności, poezji. Szepcze do nas ze snów, na ziemiach kobiecej duszy zostawia za sobą kłaczki szorstkiej sierści i błotniste ślady. A one napełniają kobiety tęsknotą, by ją odnaleźć, wyzwolić i kochać.”
 
„Jest obrazami, uczuciami, popędami, pamięcią. Utraciłyśmy ją i niemal zapomniałyśmy na długi, długi czas. Jest źródłem, jest światłem, jest nocą, zmierzchem i świtem. Jest zapachem zdrowego mułu i tylnej łapy lisa. Należą do niej ptaki, które zdradzają nam sekrety. Jest głosem, który mówi: »Tędy, tędy droga«”
 
„Jest tą, która grzmi, kiedy dzieje się niesprawiedliwość. Obraca się jak ogromne koło. Jest sprawczynią cykli życiowych. Jest tą, którą zostawiamy na straży naszych domów. To ona nas wita, gdy do nich wracamy.
Jest oblepionym ziemią korzeniem kobiecości. Jest w rzeczach, które trzymają nas przy życiu, kiedy zdaje się, że wszystko straciłyśmy. Jest inkubatorem dla drobnych, jeszcze niedojrzałych pomysłów i spraw. To ona jest umysłem, który nas pomyślał, a my jesteśmy jej myślami”.
 
„W czym jest obecna? Gdzie możemy ją poczuć, gdzie znaleźć? Wędruje przez pustynie, lasy, oceany, miasta, barrios (przedmieścia), stare zamczyska. Żyje pośród królowych, pośród campesinas (wieśniaczek), w salach konferencyjnych, fabrykach, więzieniach, na górze samotności. Mieszka w gettach, na uniwersytetach, na ulicach. Zostawia ślady, byśmy mogły wpasować w nie swe stopy. Zostawia ślady swych
stóp, gdziekolwiek jest jakaś kobieta o żyznej, płodnej duszy.”
 
„Gdzie mieszka? Na dnie studni, w grzbietach fal, w eterze poprzedzającym czas. Jej dom jest we łzie i w oceanie. Mieszka w miazdze drzew, szumiącej sokami. Pochodzi z przyszłości i z początku czasu.
Mieszka w przeszłości, a my ją stamtąd wzywamy. Jest w teraźniejszości, ma swoje krzesło przy naszym stole, stoi za nami w kolejce, jedzie przed nami szosą. Jest w przyszłości i cofa się w czasie, by wyjść nam na spotkanie.”
 
„Mieszka w zieleni przebijającej się przez śnieg, mieszka w szeleszczących łodygach schnącej jesiennej kukurydzy, mieszka tam, gdzie umarli przychodzą po pocałunek, a żywi ślą swe modlitwy. Mieszka tam, gdzie rodzi się język. Mieszka w poezji, bębenkach i śpiewie. Mieszka w ćwierćnutach i ozdobnikach, w kantatach, w festynach, w bluesie. Jest chwilą poprzedzającą przypływ natchnienia. Mieszka w odległym miejscu, które przebija się do naszego świata.”
 
„Ludzie chcą dowodów, świadectw jej istnienia, co oznacza, że właściwie pytają o dowód na istnienie psychiki. Ponieważ psychika to my, jesteśmy zarazem dowodem. Każda z nas jest dowodem nie tylko na istnienie Dzikiej Kobiety, ale na jej kondycję w zbiorowości. Jesteśmy świadectwem niewyrażalnego słowem żeńskiego ducha. Nasze istnienie jest odbiciem jej istnienia.”
 
„Świadectwem jest to, że doświadczamy jej w sobie i poza sobą. Świadectwem wiarygodnym są tysiące, miliony spotkań z nią wewnątrz naszej psychiki, w marzeniach sennych, w myślach na jawie, w tęsknotach i aspiracjach. Fakt, że gdy jej przy nas nie ma, czujemy się osierocone, że tęsknimy i łakniemy, gdy coś nas z nią rozdziela — oto znaki, że przechodziła właśnie tędy…”

Przychodzi taki moment, w którym musi coś pęknąć, inaczej rozsadzi mnie od środka. Kolejny punkt krytyczny, danger zone, w której kotłują się emocje, jakich wcześniej nie doświadczałam.  Emocje z ciała, które było zamrożone i nie przepływało przez nie to co powinno przepływać adekwatnie do sytuacji… Nie czułam, więc nie mogłam wiedzieć kim jestem ani nie mogłam dać sobie prawa do przeżywania swojego życia w przepływie i autentyczności. Danger zone, ale tuż za nim jest kolejny skok rozwojowy i świadomościowy… Ciało zawołało mnie w te wakacje tak głośno, że wszystkie inne tematy zeszły na dalszy plan. A to jaka jestem jest tak zmienne i odkrywcze dla mnie, że każda jedna ciekawostka, nieważne czy z jasnej strony mocy, czy z ciemnej jest dla mnie fascynująca. Sądzę, że osobie, która jeszcze się nie budzi, bardzo trudno poczuć o co chodzi.  Że coś jakby puka od środka, czujesz, że tam coś jest i trzeba dać temu wyjść na zewnątrz. Poznajesz swój mrok, który woła o konfrontację. To wzbudza ogromny lęk, bo nikt przecież nie chcę czuć nieprzyjemnych stanów. Co się ze mną dzieje? Dlaczego doświadczam tego? Można od tego uciekać i uruchamiać wciąż to bardziej wymyślne mechanizmy obronne, ale czy naprawdę dostając taką szansę nie będzie się miało ochoty zaryzykować, zanurkować w mroczne głębiny, dać się rozpruć od środka i odkryć co jest na końcu tej drogi? A co jeżeli nagrodą za te trudy i niekomfortową walkę z samym sobą jest miłość? Prawdziwa, najpiękniejsza z możliwych? Do samego siebie, ale również do osoby, która przeszła te same mroki i ciemności, by na końcu drogi zobaczyć właśnie Ciebie? 

Do tego u mnie pojawiły się bardzo znaczące sny i wyjścia z ciała, które swego czasu były tak intensywne, że mnie przerażały. Szczęśliwie z czasem złagodniały, aż w końcu ustały. Nie wywołuję tego intencjonalnie, bo nie za bardzo mam wiedzę i doświadczenie jak tym manewrować, żeby mieć pożytek z eksterioryzacji, o czym wiem, że są ludzie, którzy robią OOBE z powodzeniem. Co miałam zobaczyć to zobaczyłam, ogarnęło mnie wzruszenie i błogość, byłam w prawdziwym domu. Reszta przyszła w snach, co skrzętnie zapisywałam. Chcę wierzyć i wierzę w to, co zobaczyłam bardzo głęboko w sercu, choć umysł najchętniej uciekłby na koniec świata i obrażał się jak małe dziecko. Było w ostatnim czasie sporo wydarzeń i głosów, które chciały mnie zniechęcić, wtłoczyć ponownie w ultra racjonalne ramy ego. Zostałam z tym na kilka dni i w końcu uznałam, że komu innemu mam bardziej wierzyć niż własnej Intuicji? Przypomniałam sobie channeling na rok 2022 dla aspektu żeńskiego i przecież było w nim dokładnie o tym wspomniane. Dokładnie w tym letnim czasie. To część mojego procesu, próba zaufania do samej siebie. Być może kiedyś będzie szansa, by opisać historię zupełnie w tym momencie nieromantyczną. Na razie odpuszczam ten temat, by nie przeszkadzać.

Dałam sobie przyzwolenie, że letni czas wykorzystuję na wszystko, na co najdzie mnie choćby najbardziej głupkowata ochota, na przyjemności dla ducha, ale też dla ciała. Chciało ono w końcu poczuć się spontaniczne, witalne i po prostu szczęśliwe takie jakie jest.

Moje problemy z ciałem zaczęły się bardzo wcześnie, gdy jako mała dziewczynka przeżywałam, że bardzo szybko zaczęły mi rosnąć piersi. Miałam chyba 9 lat, gdy zaczęłam odstawać na tym tle od innych dziewczynek. W wieku bodajże 11 lat dostałam pierwszej miesiączki i nie chciałam już jechać z klasą na basen, bo miałam w głowie program, że jestem krąglejsza i to nie pasuje. Czułam, że muszę się zakryć, bo chłopcy głupio komentują, zwracają uwagę i czułam się z tym niefajnie… Pamiętam taką zabawną, ale jakże znaczącą sytuację w podstawówce, gdy dokuczał mi z powodu moich piersi kolega z klasy. Robił jakieś durne przytyki, jak to dzieciaki w tym wieku i pamiętam jak się wściekłam… Uderzał mnie po plecach i ewidentnie wchodził w moją osobistą przestrzeń nietykalności cielesnej. Chwyciłam go „za szmaty” i zaczęłam kręcić nim dookoła a potem wywaliłam go na ścianę tak, że się poobijał… Afera była z tego na pół szkoły i kto oczywiście był ofiarą skrzywdzoną i pobitą za rzekomo „normalne zachowanie” a kto karygodnym oprawcą zasługującym na naganę?  Oczywiście, że bęcki dostałam ja! Dyrektor był taki „rozczarowany” i rodzice obojga stron klasowego konfliktu zostali powiadomieni jaka to jestem niegrzeczna, agresywnie reaguję i sratataty pierdaty… Nikogo nie obchodziło perfidne zachowanie małego przebiegłego złamasa, bo był chłopcem i to było „normalne”! A mnie broniono prawa do naturalnej reakcji obronnej, gniewu i chronienia własnych granic!

I tego typu kretyńskie programy gaszą w dziewczynkach ich naturalny ogień. Kazano nam być grzecznymi, uległymi i wstydzić się swoich naturalnych odruchów. Współczesna kobiecość jest wciśnięta w tyle schematów, ograniczeń i upokarzających stereotypów, że praktycznie nie ma już miejsca na luz, zabawę, spontaniczność i witalność. Nie pokazuj, nie prowokuj, zasłaniaj się, ukrywaj swoje ciało, bo inni na nie patrzą i oceniają. Nie masz ciała dla siebie, masz je dla innych i oni oczekują, że będziesz robić wszystko, żeby się podobało. Rany, przecież nie da się tego wytrzymać… Uwolnij się, kobieto! Mężczyzno zresztą też!

Z biegiem lat moje ciało stało się raczej klatką dla duszy, a nie jej bezpiecznym domem pełnym miłości i akceptacji dla siebie… Stłumione emocje, napięcia, stresy, blokady wewnętrzne narzucone zewnętrznymi czynnikami… Jak w tym wszystkim osiągnąć spójność i harmonię? Dużo sztywności i mało czucia.

Wszechświat w ostatnim czasie nie zawsze daje mi to czego chcę, ale podsuwa mi ciekawe rzeczy, których potrzebuję. I jeżeli moja intuicja wyrwie się sama do kliknięcia „wezmę udział” to idę w to jak dym. Wydarzenie „Przebudzenie dzikiej kobiety” w samym swym opisie było tak ekscytujące, że nie mogło mnie na nim zabraknąć.

Co czujesz, droga siostro, gdy pomyślisz sobie, że miałabyś pójść na krąg kobiet pod chmurką, w plenerze i być tam zupełnie naga? Wzdrygasz się czy czujesz zgodę wewnątrz siebie na takie doświadczenie? Większość moich koleżanek pukało się w głowę, gdy im o tym opowiadałam, ale wierzcie mi… to było najbardziej wyzwalające doświadczenie mojego życia. Zgoda, prawdziwość, akceptacja, siostrzana bliskość i prawo do bycia w pełni sobą taką jaką się jest. Mało jest w życiu momentów, gdy można tak bardzo odpuścić samej sobie i po prostu być.

Kobiety w różnym wieku. 20 indywidualności i unikatowych historii do opowiedzenia. Jedne dopiero wchodzą w dorosłość, inne weszły właśnie w etap menopauzy i szukają na nowo albo wręcz dopiero po raz pierwszy połączenia z prawdziwą, niczym nieskrępowaną kobiecością. Matki, żony, singielki, partnerki, pracownice na etatach i przedsiębiorczynie na swoim. Zmęczone funkcjonowaniem przez większość życia w racjonalnej, męskiej energii i zmęczone próbą wpasowania się do jakiegoś społecznie akceptowalnego wzorca kobiety, która zawsze musi i która wiecznie powinna… Tęskniące za śmiechem, zabawą, rubasznością, ogniem w sypialni z ukochanym i niestłamszoną otwartością na seksualne przyjemności, prawem do działania na własnych warunkach i wyrażania głośno własnych potrzeb. Wyrażające głęboką skrywaną potrzebę ducha do ponownego połączenia się z innymi kobietami, ale również z mężczyznami w naszym życiu. Bo tęsknimy za tym połączeniem… Tak z serca, nie z umysłu. Wszystkie na podświadomym poziomie wiemy co jest możliwe i że to, co oferuje współczesna popkultura i otaczająca nas rzeczywistość z miłością, bliskością i namiętnością nie ma zbyt wiele wspólnego. 

Jedna z nas powiedziała, że po urodzeniu dziecka odsunęła się od innych kobiet, bo nie była w stanie znieść wiecznego wyścigu po medal perfekcyjnej matki i inne kobiety z otoczenia zaczęły wpędzać ją w poczucie bycia niewystarczającą, czegokolwiek by nie zrobiła…

Inna po 25 latach bycia „męską kobietą” miała dość i chciała dać sobie wreszcie prawo, by czuć swoje emocje, doświadczać spontaniczności i ubierać się w nieskończoną ilość sukienek, czego nigdy nie robiła.

Trzecia chciała poczuć się akceptowana ze swoją wrażliwością i poczuć się z tym ok, że w naszym kręgu nie będzie odbierana jako niekomfortowa i przewrażliwiona.

Czwartej brakowało już od dawna ognia w łóżku, który był wcześniej w jej małżeństwie. Chciała obudzić w sobie tę energię i poczuć swoją zmysłowość i namiętność dla siebie. Wierząc, że i mąż zainspiruje się i zrobi swoją pracę w tym zakresie. Bo praca tylko jednej ze stron niestety niczego nie zmieni.

A z czym przyszłam ja? Ja chciałam dać sobie w końcu szansę poczuć się super taka jaka jestem, odrzucić kompleksy i wewnętrzne ograniczenia związane z ciałem. Pierwszy krok był kilka dni wcześniej podczas wyjazdu ze znajomymi na kajaki. Jeszcze kilka lat temu w takiej sytuacji czułam straszliwy opór przed tym, by w ogóle pomyśleć, że mogę przed innymi paradować w dwuczęściowym stroju kąpielowym i fajnie, spontanicznie się bawić. Najśmieszniejsze jest to, że jakieś 9 lat temu udało mi się zrzucić dużo kilogramów i nosiłam w najlepszym momencie rozmiar 36. I czy wydaje się Wam, że czułam się lepiej i chętniej paradowałam w kostiumie kąpielowym? Bynajmniej! Siedziałam na plaży skitrana w jakimś pareo i wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą i oceniają krytycznie wielkość brzucha, ud i biustu. Absurd, prawda? Niedorzeczne, bo przecież nie jestem pępkiem świata, żeby ktokolwiek miał potrzebę skupiać na mnie swoją uwagę. 

Na tym wyjeździe byłam wśród ludzi, których lubię, więc zrobienie tego kroku w stronę samej siebie było znacznie łatwiejsze. Po prostu zrzuciłam fatałaszki nad brzegiem pomostu i wskoczyłam do wody, by popływać z koleżanką na wielkim, różowym, dmuchanym flamingu. Oczywiście, że w głowie był ten wredny głos z przeszłości, należący w głównej mierze do mojej babci, ale tym razem kazałam mu się zamknąć. Do głosu doszło moje wewnętrzne dziecko, lat 5, które chciało po prostu szaleć, śmiać się, głupkować i korzystać z pięknej pogody w cudownym miejscu nad wodą. Przełom czaszki, jak to zwykle mawia moja przyjaciółka. Bawiłam się świetnie i nawet mam zdjęcia w tym stroju kąpielowym i o dziwo, nie umarłam od tego. „Cóż jam winna, że to zwyczajne ciałko co służy duszy mej za mieszkanko” – to fragment z piosenki Krzysia Zalewskiego i Marii Dębskiej „Nie będzie romansu” z filmu „Bo we mnie jest seks” o życiu Kaliny Jędrusik. Film miałki i kompletnie o niczym, ale piosenka cudowna, kokieteryjna i z bardzo zmysłowym, romantycznym teledyskiem ze sporym ładunkiem w moich oczach pięknie przedstawionej duchowo-seksualnej energii między dwojgiem ludzi. Czy naprawdę warto odbierać samej sobie frajdę doświadczania pięknych chwil z powodu ciała? Absolutnie nie warto, życie jest warte przeżywania go w każdym momencie i nic co cielesne nie powstrzyma duszy przed miłością i zabawą.  O ile oczywiście jej na to pozwolimy z poziomu własnej głowy. Warto robić rzeczy dobre dla ciała – ćwiczyć, jeść zdrowo, masować je, rozciągać i pielęgnować – ale moim zdaniem trzeba sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie jaka jest w tym intencja? Czy naprawdę robię to dla siebie, z przyjemnością i z miłości do ciała oraz potrzeby zadbania o wdzianko dla ducha czy katuję się z powodu braku samoakceptacji, naiwnie wierząc, że pokocham siebie dopiero taką odmienioną i wpisującą się w oczekiwania innych osób? Moje doświadczenie sprzed lat pokazało mi, że wtedy żyłam przede wszystkim pod ogromną presją, którą sama sobie narzuciłam i wcale nie było tam miejsca na self-love i self-care. Raczej ogromne pokłady lęku i potrzeby kontroli nad czymkolwiek w swoim życiu. Cały focus przerzuciłam na jedzenie i ćwiczenia, nie było wtedy przestrzeni w mojej głowie na inne, ważne sprawy, co samo w sobie jest niedorzeczne i  niezdrowe. Jako że lubię wszystko co intuicyjne i nie obwarowane sztywnymi zasadami to i dla tematu jedzenia znalazł się interesujący kierunek do zbadania. Obecnie wprowadzam pomału do świadomości zasady jedzenia intuicyjnego i zależy mi, by przede wszystkim naprawić relację z jedzeniem. Nie jeść emocjami, ale słuchać sygnałów z ciała i zaufać mu, że wie, co jest dla niego ok. Wystarczy posłuchać.

Pójście na „Przebudzenie dzikiej kobiety” traktowałam z ciekawością samej siebie, na ile faktycznie pozwolę sobie na tę nagość. Dopuszczałam każdą opcję – może będzie do rosołu, a może zdejmę jedynie bluzkę. Niech ciało samo zadecyduje, na ile chce sobie pozwolić. I taka była atmosfera w grupie – każda ma prawo do własnych granic i sama decyduje na ile się odważy. Były osoby, które się nie rozebrały i takie, które w ogóle nie zaangażowały się w grupowe aktywności, tylko patrzyły z boku i wszystko to było zupełnie ok. Siostrzana wspólnota przyjmuje każdą tak samo bez warunków. Bez oceniania, bez krytyki, bez dobrych rad, bez porównywania się. 

Swoją drogą, to było bardzo przyjemne po prostu patrzeć się na inne kobiety, takie swobodne i naturalne. Gdy puszczają kontrolę nad narzuconymi zewnętrznie ograniczeniami i są po prostu sobą. Bawią się, śmieją głośno i rubasznie żartują z własnych ciał. Nie miało znaczenia czy duże cycki, czy małe. Brzuch płaski czy wypukły. Nogi długie czy krótkie. Ciało gładkie czy owłosione. Figura super szczupła czy mocno okrągła. Włosy siwe czy farbowane. Celluit, blizny, jakieś czerwone kropki na ciele… Nic co ludzkie, nie jest nam obce! Zupełna zgoda, akceptacja i wolność. Jadłyśmy owoce tak, że nam ciekło po brodzie i popijałyśmy kakao ceremonialne, takie tłusto-słodko-smaczne, słuchając muzyki granej i śpiewanej przez prowadzącą. Uwalniały mi się ograniczenia, oj uwalniały. Łzy jak grochy ciekły po policzkach, czułam jakby to płynęło tak wprost z głębi duszy, prosto z czakry serca. Leżałam na trawie pod drzewem i było mi błogo jak nigdy wcześniej. Dzikość od 16:00 do 22:00, w dniu pracy, w wielkim mieście. Poproszę tego więcej! Wolne cycki! Nie ma tam w ogóle potrzeby, by rozmyślać nad ich wielkością.

Rozpaliłyśmy ognisko, każda chwyciła jakiś instrument i zaczęłyśmy tańczyć dookoła ogniska i uwalniać z gardła swoje emocje. Ja szalałam z kijem deszczowym, stopy czarne od ziemi i popiołu a ogień ogniska parzył mnie w skórę klatki piersiowej. Wyrzucałyśmy gniew, wściekłość, żal, przyjemność, odpuszczenie, radość i wiele innych, na które czasami na co dzień sobie nie pozwalamy. Krzyki, piski, śmiechy – cała feria dzikich dźwięków w rytmie bębnów, grzechotek i kijów deszczowych. Gdy całkiem spora grupka nagich kobiet usiadła na pomoście przy jeziorku, by sobie po prostu pobyć razem i odpocząć, patrzyłam na nie i miałam odczucie, że brakuje tutaj tylko malarza z farbami i płótnem, który złapałby odpowiedni kadr i namalował to piękno kobiecości w naturalnym wydaniu. Były przepiękne takie jakimi są! Nasze jeziorko było wprawdzie nieco muliste i zarośnięte, ale znalazłyśmy fragment, w którym po kolei każda mogła się zanurzyć i poczuć orzeźwienie od upalnej temperatury. Wszystkie żywioły razem: ziemia, woda, ogień, powietrze i do tego wszystkiego przestrzeń nazywana przez niektórych piątym żywiołem. Ja się rozebrałam do rosołu i po prostu byłam w tym swoim dzikim, niczym nieskrępowanym wydaniu i w pełnej akceptacji wszystkiego. Bardzo fajne, otwierające doświadczenie. Najlepiej po prostu za dużo nie myśleć tylko iść za instynktem – a potem po prostu doświadczać i czuć samą siebie w tym doświadczeniu. Ktoś może czytać z niedowierzaniem i zastanawiać się czy ktoś nas tam widział? Nie, nikt nas nie widział, bo miejscówka jest zlokalizowana w cudownym miejscu pośrodku niczego. Wprawdzie jeszcze w granicach Poznania, ale daleko od centrum. Dookoła tylko pola, drzewa dające cień, dostęp do fragmentu Stawów Strzeszyńskich i stara chata do remontu pośrodku ogromnej i przepięknej działki. Raj na ziemi. 

Dzikość to też powrót do dziecięcej natury. Gdy byłam dzieckiem mieszkałam na wsi i w wakacje szaleliśmy z kuzynami bez żadnych ograniczeń. Łaziliśmy po drzewach, szwędaliśmy się po polach, robiliśmy domki w stogu słomy i innych dziwnych miejscach. Nic wówczas nie było niekomfortowe, wszystko było zabawą i przyjemnością. Piasek w butach, pokrzywy, osty, bieganie po ściernisku i kąpanie się w jeziorze bez zastanawiania się czy tam są jakieś glony, bakterie i inne farfocle. Nic poza mechanicznymi urazami mi nie szkodziło i praktycznie nigdy nie chorowałam. Lubiliśmy się z naturą, a w wieku dorosłym uświadomiłam sobie jak wiele rzeczy nagle zaczęło mi przeszkadzać albo drażnić. Za ciepło, żeby wyjść, za zimno, żeby wyjść. Za niewygodnie, bo to drapie a to deszcz padający na twarz przeszkadza i bez sensu coś robić. A za dzieciaka miało się w poważaniu takie przeszkody, wszystko było ok. Gdy puściłam kontrolę nad tego typu zastanawiam się to nagle zorientowałam się, że latam boso po trawie i w ogóle nie czuję, żeby mnie parzyły pokrzywy czy osty, których było w naszej przestrzeni mnóstwo. Komary? Ok, popsikam się naturalnym olejkiem i będzie dobrze. Po prostu przestałam na tym skupiać uwagę. Ani upał nie był dokuczający, ani nasze zamulone jeziorko mnie nie przerażało. Wykąpałam się tam, gdzie było w miarę ok. A w trakcie weekendu kajakowego pływałam między wodorostami i puściłam w swojej głowie opór przed wodą. Wypłynęłam nieco poza strefę komfortu i o dziwo, poradziłam sobie. Płynęłam całkiem nieźle i nie potrzebowałam ratunku, bo nie wpadłam w panikę, że nie mam już gruntu pod nogami. Śmiałam się sama z siebie, że jestem pierwszą osobą, która nauczyła się pływać, oglądając tutoriale na YouTube. Zaufałam mojemu ciału, że lubi się w wodą i jest w stanie utrzymać się na powierzchni. Nawet deszcz padający do kajaka nie zepsuł nikomu nastroju tego dnia. Każda pogoda była w sam raz, żeby tam być i dobrze się bawić. 

Ciału pozwalam się ostatnio rozluźniać, stosując również mniej kontrowersyjne metody – Biodanzę i TRE®. Biodanza dała mi poczucie wspólnotowości i zaspokojenie potrzeby fizycznej bliskości z innymi ludźmi. W tym doświadczeniu spontanicznego tańca jesteśmy razem i blisko z innymi. W każdej biodanzie jest miejsce na trzymanie się za ręce, przytulasy i miłe słowa wdzięczności za to, że ktoś jest po prostu częścią wspólnego doświadczenia i wnosi do niego swoją niepowtarzalną energię. Tańczymy różne intencje i improwizujemy swoje wizje tańca. Nigdy nie odnalazłam się w tańcach z choreografią, a w biodanzie po prostu płynę jak czuję i tak, jak w danym dniu moje ciało pozwala sobie płynąć. Biodanza jest tańcem łączącym ciało i ducha. Jeżeli ktoś miałby ochotę spróbować to w Poznaniu najwspanialszą facylitatorką biodanzy jest Singing Anahita. Poczułam wpływ biodanzy na moje ciało podczas imprezy, na której byłam kilka dni temu. Fajnie jest puścić kontrolę i po prostu płynąć w tym tańcu, jak w transie. Wyłączyć myślenie i dać się porwać w wir tanecznych, intuicyjnych, przyjemnych i spontanicznych pląsów. Do tańczenia biodanzy pozbywam się największej odzieżowej zmory, czyli biustonosza i dla mnie to jeden z elementów, który pomaga mi zaakceptować wielkość mojego biustu. Nie chcę, by jedna część ciała determinowała moje postrzeganie samej siebie i ograniczała doświadczenia, które wybieram. Może się wkrótce polubimy i przestanę fantazjować o operacji zmniejszającej. A może z miłości do samej siebie przyjdzie w przyszłości moment, w którym naprawdę się na nią zdecyduję? Kto wie, wszystko jest możliwe.

Drugą rzeczą, jaką zaczęłam praktykować jest TRE®. Zestaw kilku prostych ćwiczeń, których zrobienia zajmuje mi jakieś 13 minut a potem kładę się na podłodze na macie do jogi i drżę. Nie uwierzyłam zanim nie doświadczyłam. Byłam na jednych zajęciach z providerem i wiedząc już o co chodzi, robię to sama w domu na podstawie tutoriala z YouTube. Ktoś powie, wolne żarty, to nie może być skuteczne. Ale jest. Położyć się na macie i pozwolić ciału drżeć i wytrząsać tym samym poblokowane napięcia emocjonalne. Po kilku sesjach czuję większy luz i „adekwatność” emocji do sytuacji, w której się znajduję. Czuję np. złość, co jest dla mnie odkryciem na miarę wynalezienia żarówki, że ja mogę czuć złość, sprzeciw, gniew, wściekłość a jest to sygnałem z ciała, że moje granice są przekraczane lub jakaś potrzeba nie może zostać zaspokojona przez zewnętrzne okoliczności. Nie czułam tych emocji przez wiele lat i o dziwo, witam je z wdzięcznością, że są. Tę mroczniejszą część mnie nazwałam pieszczotliwie wewnętrzną Grażyną. Czuję się przez nie żywa i bardziej bezpieczna sama ze sobą. Nie wszystko w niej lubię, ale wszystko mi chce o czymś powiedzieć. Złość jest ważną emocją, którą bardzo często potępia się u małych dzieci, wymagając od nich bycia „grzecznymi” i nagradzając je pochwałami za to, a ganiąc za gniew – zablokowana złość w dorosłym życiu to ludzie, którzy nie umieją wyznaczać własnych granic i chronić samych siebie. Uciekają od wszystkich sytuacji, które niosą ze sobą ryzyko konfrontacji a całość negatywnych odczuć zatrzymują w sobie, stosując zamrożenie, czyli mechanizm obronny, który odcina jakiekolwiek czucie emocji z ciała. Jestem tego świetnym przykładem. Pewnie za jakiś czas odczuwanie gniewu mi się „wyreguluje” i moje reakcje staną się bardziej zbalansowane. Na ten moment bywają czasami przesadzone, zwłaszcza w bliskich relacjach, ale na szczęście nie mam problemu z używaniem  magicznego słowa „przepraszam.” Najlepszym prezentem od złości jest to, że pozwalając sobie na nią, znacznie szybciej czuję odpuszczenie i spokój w sobie. Myśli się nie kotłują, drama się nie nakręca. Mogę poczuć akceptację i empatię dla drugiej strony również. Wybaczam i nie chowam urazy. Widzę po drugiej stronie człowieka, który też ma swoje blaski i cienie, emocje, przekonania czasami zupełnie inne od moich i to również jest ok. 

I czuję wewnątrz siebie jak następuje powolna integracja ciała i ducha. Puszczają blokady i napięcia, a co za tym idzie łatwiej i spokojniej mogę wyrażać to, co myślę i to co czuję. Każdą emocję przyjmuję ze spokojem, że ok, to też jest część mojej osobowości. Mieszka we mnie jasna i ciemna strona i jako kobieta mam w sobie każdą jakość, która może ujawnić się w różnych momentach życia. Mogę być żarliwie kochającą i bezgranicznie cierpliwą oazą spokoju, mogę również być małą, wredną, przebiegłą zołzą, której czasami puszczają nerwy. Mogę być elegancką wykładowczynią, która prowadzi zajęcia i nagrywa wykłady z pełnym profesjonalizmem, mogę być również nagą dzikuską skaczącą przy ognisku. Mogę robić mnóstwo rzeczy na raz i wieczorem wracać do domu, by tylko położyć się do łóżka i mogę czasami nie robić zupełnie nic i tylko skupiać się na tym, by być. Mogę czuć ból zranionego serca i jednocześnie jasno i bez ogródek móc powiedzieć, co mnie boli. Stawiać własne granice i jednocześnie darzyć zaufaniem i wierzyć w dobre intencje. Popełniać błędy, przepraszać i wybaczać tym, na których mi zależy. Wszystko to jest częścią bycia mną i bycia człowiekiem. Czyż nie powinno to być oczywiste? Powinno, ale przecież wszyscy wiemy, że nie jest i wielokrotnie nie pozwalamy sami sobie na uwolnienie się z ograniczających schematów myślenia. Samoakceptacja to proces, raczej nie jednorazowy akt łaskowości względem samego siebie. Dotyczy i ciała, i ducha. Własnych potrzeb, granic, uczuć i uprawomocnienia w sobie poczucia, że to wszystko jest ok. Taka jestem – żywa i prawdziwa. Wiem, co w sobie lubię, czego nie lubię, co mogę/chcę zmienić i czego nie mogę/nie chcę zmienić. Zdejmuję maski i oddycham głęboko – na dłuższą metę chcemy przecież przebywać wśród ludzi prawdziwych i szczerych. Poczuć się swobodnym i kochanym takim jakim się jest bez udawania. I w tym wszystkim zaufać, że właściwe osoby pozostaną przy mnie nawet znając prawdę i moje słabsze, ciemniejsze strony. A ja pozostanę przy nich autentycznych i szczerych w byciu tym, kim chcą być.  

Dzika kobieta - fotka do albumu "samoakceptacja."
Biodanza w plenerze.
Chwila powagi, gdy akurat nie biegam jak dzikus po trawie.

Dodaj komentarz