Tera(z) dōTERRA! Czyli wymarzony nowy początek

Gdyby przyszła do mnie kilka miesięcy temu wróżka i powiedziała, że będę sama z własnej nieprzymuszonej woli zajmować się marketingiem sieciowym i sprzedażą czegokolwiek to kazałabym się jej, delikatnie mówiąc, puknąć w głowie i odwróciłabym się na pięcie.  Co za wariatka przecież!

Jedyna moja wiedza na temat marketingu sieciowego to były wspomnienia, gdy do mojej ciotki przychodziła pani z katalogiem z Avonu i czasami sobie coś wybierałam. Ale osobiście tej kobiety na oczy nie widziałam nigdy i nie miałam pojęcia, co ona właściwie robi i jak ta praca wygląda.

Niezbadane są wyroki boskie. 

A może ja już tak mam, że jak z czymś jest mi nad wyraz niewygodnie z jakiegoś powodu to okazuje się, że jest w tym coś cennego i ciekawego do odkrycia. I końcu kiedyś wróci, objawiając mi sekrety mojej duszy. 😉

Z rozrzewnieniem wspominam swoją pierwszą studencką pracę w Call Center na Starołęce, w roku bodajże 2012 lub 2013, gdzie miałam sprzedawać abonamenty i telefony dla jednego z top operatorów sieci komórkowej w Polsce. Popracowałam w tym dziale całe 4 dni robocze i moja błyskotliwa kariera telemarketera zawisła na włosku. Sumienie nie pozwalało mi wykonywać tej roboty! Moim zadaniem było wciskanie kitu starszym osobom, że jak kupią jeszcze jeden abonament i komórkę, której nie będą umieli używać ani jej w ogóle nie potrzebują, to na pewno zaoszczędzą dodatkowe pieniądze! To był taki bullshit, że jakkolwiek schowałabym swoją moralność do kieszeni, to i tak bym tego autentycznie nie przedstawiła rozmówcy. Poprosiłam zatem o przeniesienie i znalazło się dla mnie krzesło i słuchawki w dziale obok. Tym razem infolinia przychodząca i rozwiązywanie problemów z dekoderami i płatnościami za dekodery. Ufff, co za ulga… Tam naprawdę było całkiem miło. Uwielbiałam zgrywać bohaterkę, która rozwiązuje skomplikowany problem spanikowanego klienta a tak naprawdę wystarczyło zrestartować mu ten dekoder prostą procedurą. Albo przypomnieć o uregulowaniu zaległej płatności. W każdym razie moja satysfakcja z pracy spadła, gdy przyszła decyzja „z góry”, by na koniec każdej rozmowy… proponować jeszcze nowe dekodery i abonamenty. 😉 Chwała Bogu skończyły się wakacje a ja wróciłam na studia na zawsze żegnając się z Call Center.

Zatem co mi nagle odbiło, by zaangażować się w coś, o czym jeszcze do niedawna nie miałam zielonego pojęcia? W dodatku poczułam, jakby rozstąpiły się przede mną bramy niebios a w nich chór duchowych przewodników z trąbami obwieścił mi uroczyście: „To jest to czego od wielu miesięcy szukałaś, Paulino!”

A no dorosłość mi odbiła. Kryzys, inflacja i konieczność skonfrontowania się z tym, że pozostając tam, gdzie do tej pory byłam, moje marzenia raczej nigdy się nie spełnią. Na ten moment życia jestem osobą samotnie gospodarującą i jedyną osobą, na którą mogę liczyć jestem ja sama. Bezdzietna singielka po 30-tce to zdecydowanie najmniej uprzywilejowana grupa w tym kraju i media skwapliwie lubią o tym przypominać. Kij im w oko. Sama sobie poradzę. Jako że nie mam zamiaru wiązać się z nikim ani z rozsądku, ani dla pieniędzy, by spełniać oczekiwania polityków co do mojej społecznej roli, musiałam wymyślić dla siebie plan działania na czas kryzysu.

Już od wielu miesięcy borykałam się w pracy z wypaleniem i poczuciem braku sensu. Cieszyło mnie, że mogę pomagać studentom w karierze, ale potrzebowałam nowych wyzwań, nowych tematów i nowych ludzi. Większej autonomii. Nowej siebie w pracy. Poczucia sprawczości i realnych celów, które można zmierzyć. Moja kariera niby się rozwinęła, ale wewnętrznie przeżywałam poważny kryzys co dalej… Do czego ma mnie to niby doprowadzić? Wymieniałam swój czas wolny na dodatkowe pieniądze, ale najwięcej wysiłku kosztowało mnie to, co opłacane nie było. Czyli przygotowanie do zajęć, nie samo ich prowadzenie. Prowadzenie to już właściwie frajda i luz. Poza tym praca doradcza i edukacyjna ma jeden zasadniczy minus – odpowiedzialność za efektywność tych procesów zawsze leży po stronie klienta. Mogę udzielać najlepszych porad i być najlepiej przygotowanym doradcą a i tak klient może wcale nie mieć ochoty zastosować nowej wiedzy w swoim życiu. Może nie być gotowy. Może mieć inne zdanie. Jest wiele opcji. To on decyduje koniec końców a ja zostaję czasami z poczuciem, że moja praca nie ma sensu, bo nie wiem, co się później z tymi ludźmi dzieje. Raczej po jednorazowej poradzie rzadko kto się jeszcze odzywa, by dać feedback jak mu się wiedzie. Takie przypadki też są i to jest świetne, bo buduje relacje i poczucie bycia skuteczną doradczynią, ale jest ich mniej niż więcej.

W którymś z poprzednich wpisów napisałam, że wybieram się na studia coachingowe, ale przyznaję uczciwie, że anulowałam zapis na tę podyplomówkę. Dokładnie w dniu rozmowy rekrutacyjnej dotarło do mnie, że idąc w tym kierunku zbyt wiele tak naprawdę w moim życiu się nie zmieni. Że zapłacę bardzo dużo pieniędzy za edukację, po której otrzymam dyplom i certyfikację, ale wciąż będę pracować podobnie jak teraz i w niewiele różniącym się obszarze tematycznym. A tego już nie chciałam przecież! Moja intencja i wewnętrzne „dlaczego” były słabe, nawet samej siebie nie umiałam w dniu rozmowy przekonać, że naprawdę chcę tam iść. Wiedziałam już, że ten wybór był głosem mojego ego, które mówiło mi „wciąż nie jesteś wystarczająco dobra, żeby pomagać ludziom i żeby płacili Ci za Twoją pracę.” Był tak naprawdę w moim przypadku trzymaniem się starej, dobrze znanej strefy komfortu i starych, negatywnych przekonań na swój temat. To nie było otwarcie się na nowe, do czego starała się przygotować mnie w ostatnich miesiącach moja dusza, ciągle wzywając: „Jeszcze więcej poczucia własnej wartości! Jeszcze trochę do uleczenia! Jeszcze masz trochę czasu dla siebie, zmiany przyjdą od września.” A ja chciałam ruszyć w nowym kierunku i odkryć nową jakość samej siebie. Taką Paulinę, która jest odważna i pewna siebie, nie pływa po mieliźnie własnej strefy komfortu tylko śmiało rusza po to, na czym jej zależy. Żyje z pasją i jest niezależna w tworzeniu najbardziej przyjemnej i wygodnej przestrzeni swojego życia. Era Wodnika niesie ludziom właśnie takie możliwości i burzy dotychczasowe schematy dotyczące wszystkich aspektów życia. Pracy też. 

Ja przykładowo jestem mistrzynią w takich ograniczających schematach. Kilka razy skorzystałam z usług tak zwanej channelerki i otrzymałam tam informacje, które wielokrotnie mnie zirytowały i były dla mnie bardzo niewygodne. Ale do czasu… Kilka miesięcy po odsłuchaniu każdego z trzech channelingów, gdy wracałam do nich, odkrywałam, że coś już się zmieniło. Że zdjęłam z siebie jakąś warstwę iluzji, w którą uporczywie chciała wierzyć moja głowa i te informacje nagle zaczynają ze mną rezonować. Otworzyłam się na nie i intuicyjnie sama zaczęłam dążyć do tego, że otrzymane przekazy zaczęły się w moim życiu manifestować. Zaczęłam iść za głosem swojego serca a nie za tym, co podpowiadał mi umysł. Zaczęłam bardziej ufać wszystkiemu co się wydarza nawet, gdy nie wszystko jeszcze rozumiałam i trudno było temu zaufać. By po kilku miesiącach z pokorą stwierdzić, że kurcze, ta kobieta od channelingu miała sporo racji, tylko ja sama nie byłam gotowa tego jeszcze przyjąć. Sama na siebie narzucałam ograniczenia, trzymałam się kurczowo czegoś, co wcale mi nie służyło, bo wydawało mi się, że tak trzeba. Z takimi przekazami to prawdopodobnie popularna pułapka, podobnie jak ze złotymi radami, o które nikt nie prosił. Ego broni się przed nimi, bo nie lubi, gdy ktoś podważa jego nieomylne przekonania o sobie samym i o świecie. Potrzeba więcej czasu, by materiał przeprocesował się na tyle, by otworzył w nas zupełnie nową perspektywę. Ot, magia uczenia się poprzez doświadczenie. Każdy ma swój własny rytm procesu i uczy się we właściwy dla siebie sposób. Plusem channelingu było to, że albo otrzymałam potwierdzenie czegoś co sama przeczuwałam intuicyjnie, ale wydawało mi się nieprawdopodobne i niepotrzebnie to racjonalizowałam. Albo dostałam ziarenko czegoś, na co sama bym nie wpadła, ale zamanifestowało się dopiero po wielu miesiącach, gdy byłam na to wewnętrznie gotowa. Czy polecam usługę? Na pewno nie tym, którzy potrzebują logicznego i do bólu racjonalnego wytłumaczenia świata, wypierając ze świadomości obszar duchowy. Gdy ktoś ma otwartość na metafizyczny aspekt naszej życiowej wędrówki, z pewnością wyniesie coś cennego. Mnie to dało sporo i obecnie nauczyłam się zdecydowanie bardziej ufać podszeptom Intuicji. Przynamniej na tyle, by zrezygnować z tego typu usług. 😉

Gdy wiedziałam już, że nadchodzi czas, by podjąć jakąś decyzję i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie czego ja, do licha, chcę od swojego życia zawodowego to wierzcie mi, tak mnie rozbolała głowa od tego napięcia, że się rozpłakałam. Wydawało mi się, że nie ma nic co mogłoby pogodzić wszystkie moje pragnienia i potrzeby. Ale jak to mawia Wyższe Ja i nauczyciele duchowi: „potrzebne odpowiedzi przychodzą w ciszy”, nie wtedy, gdy kopiesz się z koniem jak opętany. Sporo było tych intencji: świeżość i lekkość tematu, by nie zajmować się w kółko tym samym, co do tej pory, ale jednak wykorzystać posiadane zasoby i umiejętności, przejść stopniowo z pracy etatowej na własną działalność, więcej swobody, autonomii w zarządzaniu własnym stylem i czasem pracy, możliwość osiągnięcia finansowej niezależności i budowanie czegoś, co zapewni dochód pasywny, praca z dowolnego miejsca, fajni i wspierający ludzie dookoła, rozwój osobisty, praca z kobietami, edukacja biznesowa i ogólnie nauczanie dorosłych jako główna wartość w tym wszystkim.  Aha, no i żeby to nie było to coś w co trzeba na początek włożyć dużo pieniędzy albo brać kredyt, bo nie mam na to zasobów. No dużo, prawda? Wiem, że dużo, dlatego tak mnie ta głowa bolała. Chciałam pracy, która wniesie do mojego życia lekkość i pasję. Pozwoli rozwijać siebie w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami.

Odpowiedzią praktycznie doskonałą a przynamniej najlepszą z dostępnych okazało się wejście w strukturę marketingu sieciowego i przyjrzenie się sprawie na poważnie. Wiedza. Książki. Podcasty. Dogłębne zrozumienie istoty działania tego rodzaju modelu biznesowego, żeby zobaczyć jak duża to jest szansa dla kobiety takiej jak ja w XXI wieku. Dla moich marzeń z tablicy marzeń, którą sobie zrobiłam na święta. Poczułam tę odpowiedź tak mocno w sobie, że przez kilka dni słowo dōTERRA  mi się nawet śniło. Zanim zabrałam się za analizę tematu, poznałam Natalię, która odważnie porzuciła niezłą posadkę w korporacji i buduje swoją niezależność z powodzeniem już od ponad roku. Ona zaraziła mnie swoją wizją, która zarezonowała ze mną. A ja chcę od początku podejść do sprawy jak profesjonalista z wizją i celem, więc wrzesień mam mocno książkowo-szkoleniowy.

Dlaczego wybrałam olejkowe MLM a nie kosmetyczne, by nauczyć się podstaw biznesu i budować swoją przyszłość finansową? Wydawać, by się mogło, że przecież olejek eteryczny to produkt dla nielicznych pasjonatów i ma niską powtarzalność zakupu… Nic bardziej mylnego! Sprzedaż olejków z roku na rok rośnie w siłę, podobnie jak globalna świadomość w zakresie zdrowego stylu życia. Coraz więcej ludzi pragnie ponownie zwrócić się w stronę naturalnych metod wspierania zdrowia, ja zresztą też mam taką intencję dla siebie.

Dla mnie przy podejmowaniu tej decyzji było istotnych kilka czynników: moja autentyczność w używaniu produktu, pasja tematu i sama firma, której jakby nie patrzeć, użyczę swojej twarzy. Kto poznał mnie i moją zwariowaną duszę uwielbiającą doświadczać zdarzeń z zakresu parapsychologii (lepiej brzmi chyba psychologii transpersonalnej), mistycyzmu, ezoteryki i różnych rzeczy niezbadanych logiką ten wie też, że wymyśliłam sobie kiedyś, że na emeryturze zostanę szeptuchą.

Szeptucha na Podlasiu to starsza kobieta, która leczy zbłąkane dusze, łącząc świat żywych ze światem umarłych. Odczynia uroki, okadza i pomaga rozwiązywać niedokończone sprawy. Takie medium. Natomiast w netflixowym serialu „Outlander” szeptucha to po prostu zielarka, czyli kobieta, która zna się na medycynie roślin i leczy naturalnymi metodami. Biorę zatem wariant łączony. 😉

Olejki dōTERRA przyszły do mnie wiele miesięcy temu podczas Warsztatów Ery Wodnika. Bardzo mi się spodobały, jakość od razu uderzała w nozdrza. Czułam, że mam w dłoniach wyjątkowy produkt o  wielkiej mocy. Zapragnęłam mieć je u siebie i było to jedno z marzeń na ten rok, które spełniłam. I gdy przyszły już na własność w eleganckiej paczce to od razu z okazją biznesową… Ziarenko wykiełkowało w najlepszym do tego miejscu i czasie.

W olejku eterycznym jest coś nieopisanego… Pewnego rodzaju magia i tajemnica. Autentyczność. 100% esencji Matki Natury zamkniętej w małej buteleczce. Ulotność i przyjemność. Lekkość i prostota. Powrót do tego, co pierwotne i intuicyjne, ale w nowoczesnym wydaniu potwierdzonym rzetelnymi badaniami. Aromaterapia to kierunek, który bardzo zyskuje na popularności wśród praktyków zdrowszego stylu życia, ale przede wszystkim staje się obiektem zainteresowań naukowych, dostarczając rzetelnej, sprawdzalnej wiedzy na temat zastosowania roślin w rozmaitych celach leczniczych. I pracując z dōTERRA uczymy się tego, by przekazywać dalej sprawdzoną NA SOBIE, bezpieczną wiedzę klientom podczas warsztatów i konsultacji. Dzielić się prawdziwym doświadczeniem, które każda z nas zbiera dzień po dniu. To jest fantastyczne i daje mi ogrom frajdy, gdy o tym myślę. Temat i produkt bardzo wdzięczny, o którym można opowiadać bez końca na różne sposoby z wykorzystaniem mediów społecznościowych i wszelkich innych metod. Dla mnie to osobisty motywator, aby swój własny styl życia uczynić zdrowszym, bardziej świadomym. Do tego też przymierzałam się już od dawna. Będę rozwijać się holistycznie z olejkami pod pachą. Zawodowo, zdrowotnie, osobowościowo. A co, niech się dzieje! Poczułam głęboko w sobie, że to właściwy dla mnie kierunek rozwoju.

Sam model MLM jest prosty i pozwala milionom ludzi na świecie dorabiać do domowego budżetu lub nawet całkowicie przejść na własny biznes na transparentnych zasadach. Warto zrewidować swoje negatywne przekonania i zasłyszane mity, bo nie bez powodu nazywa się tę formę pracy biznesem XXI wieku. Firma dōTERRA, podobnie jak każda inna w tym modelu, nie płaci za reklamę ogromnym agencjom i nie atakuje spotami wyskakującymi z lodówki. Płaci za to zwyczajnym ludziom, którzy kochają te olejki, używają ich na co dzień i z entuzjazmem mają ochotę dalej się nimi dzielić, opowiadać o nich. I stają się oni profesjonalnymi przedsiębiorcami, co pozytywnie wpływa na całą gospodarkę. Tak po prawdzie czasy kryzysu to najlepszy czas dla przedsiębiorców! Kryzys to szansa dla tego typu biznesów i ludzi, którym chce się zakasać rękawy, intensywnie uczyć i doświadczać a przede wszystkim nie czekać aż im pieczone gołąbki same wlecą do gąbki, tylko biorą odpowiedzialność za siebie sami. To wymaga zaangażowania, otwartości i odważnego wychodzenia ze strefy komfortu. Ale dla kogo to robię? No dla siebie przecież, żeby na łożu śmierci nie żałować tego, czego nie zrobiłam. Że nie zawalczyłam, nie odważyłam się na więcej i w ogóle to przeżyłam życie na pół gwizdka w ciągłym strachu przed czymś co się nigdy nie wydarzyło. Dzielenie się wiedzą i doświadczeniami to coś, co kocham!

Ja swoich olejków od pierwszego dnia używam z przyjemnością i olejkowe historie wskakują mi do głowy jak grzyby po deszczu. Czuję ten produkt, rezonuje on ze mną i z tym, w co wierzę. O samej firmie dōTERRA, z której bycia częścią już teraz czuję frajdę i dumę opowiem innym razem, bo warto opowiadać o firmach takich, jak te. Nie jestem rekinem sprzedaży, jak już mieliście okazję przeczytać w pierwszych akapitach, nie znam żadnych technik z książek ani sobie żadnej nie kupiłam – chcę dzielić się z Wami wiedzą aromaterapeutyczną i biznesową oraz moimi doświadczeniami w swoim stylu, bo sama się teraz intensywnie uczę i doświadczam na sobie. Mam do przeczytania mnóstwo książek o biznesie, rozwoju osobistym i aromaterapii. Zaplanowane pierwsze wyjazdy z dziewczynami z zespołu na szkolenia u kobiet, które świetnie sobie radzą i nas inspirują. Tworzę siebie w biznesie. Mam marzenia. Mam plany, mam wizję. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest silnie ugruntowane „dlaczego?” Po co i dlaczego to robię? Dla siebie i swojej przyszłości! Powodów jest mnóstwo, wystarczy na osobny wpis. 

Ach! No i na podyplomówkę też się zapisałam, ale nie na coaching, tylko na coś zupełnie innego! Coaching był strasznie drogi, więc od początku roku oszczędzałam, dzięki czemu teraz mam już praktycznie całą kwotę na nowy kierunek i mogę sobie studiować spokojnie. Online w uczelni, w której pracuję jako wykładowca. Książki o MLM skutecznie mnie przekonały, że żeby odnieść sukces w tym obszarze należy rozwinąć przede wszystkim kompetencje przywódcze, tzw. leadership. To jest jedna z najważniejszych kompetencji przyszłości, co wielokrotnie powtarzam studentom. Nowy świat potrzebuje liderów, którzy pomagają innym rozwijać skrzydła i zarażają pozytywną wizją dzielenia się czymś dobrym. Więc znalazłam kierunek na miarę swoich autentycznych potrzeb w tym momencie życia: Akademia Przywództwa Kobiet. Jak łączyć różne role i jednocześnie pozostać sobą i nie zatracić swoich wartości, jak zarządzać własną pracą i budować silny, zdrowy zespół stosując nowoczesne, pełne empatii i szacunku rozwiązania i wiele innych ciekawych tematów spotkań. Poznam inspirujące osoby i będę czerpać z ich doświadczenia. Dusza powiedziała TAK! a ja nie mam w zwyczaju się z nią kłócić. Nawet jak nie dowierzam, zaprzeczam, uciekam, polemizuję i wściekam się jak dziecko to i tak koniec końców ma rację. 😉

 

Dodaj komentarz