Potrzymaj mi przestrzeń, proszę

Cowduszygra świętuje roczek! Początkowo miałam pisać o czymś co sobie zaplanowałam, ale prowadziło mnie gdzie indziej… Większa część została opublikowana na Instagramie z udostępnieniem na Facebooku, bo tam mogłam pisać bardziej spontanicznie, krócej, bardziej intuicyjnie. Ale i długie formy mają swój urok. Nie mam pojęcie, ile osób przeczytało cokolwiek kiedykolwiek, zasięgi mam prawdopodobnie marne i nie prowadzę statystyk. Ale to bez znaczenia. To co dzięki Cowduszygra przez ostatni rok zaszło u mnie na linii ciało – umysł – dusza jest wystarczającą nagrodą.

Było mi dane doświadczyć zdarzeń metafizycznych, które poruszyły moją duszę do głębi tak bardzo, że na samą myśl o tym, oczy wzbierają mi łzami wzruszenia i wdzięczności. Dzisiaj można już określić to doświadczeniem z zakresu psychologii transperspersonalnej, dotykającej duchowego wymiaru życia człowieka. Transcendencja, jako wykroczenie poza standardowe rozumienie sensu istnienia jest dla mnie ogromną wartością. Fajnie, że pojawia się w obszarze naukowym i robi trochę zamieszania, kontrowersji, dzięki czemu mądre głowy mają się o co spierać.

Cieszę się, że się na to odważyłam i otworzyłam pomimo lęku, bo dzisiaj czuję jak wiele mi to dało. I że prowadzi mnie w nowych dla mnie kierunkach… Chcecie wiedzieć co to było? Jedno jedyne udane, tak zwane, wyjście z ciała. Doświadczenie siebie poza ciałem fizycznym i połączenie się na poziomie duchowym z dwiema bardzo bliskimi dla mnie duszami. Moją Mamą, która nie żyje od 14 lat i… kimś zupełnie na co dzień żywym, realnym i w najlepszym wydaniu doświadczającym uciech życia na naszym padole szczęścia. Tam moja dusza spotkała jego duszę. Udało mi się raz, choć ciało przygotowywało mnie do tego kilka miesięcy, serwując mi nocne wybudzenia, by później „próbować wyjść”. Nie rozumiałam po co, nie wiedziałam dlaczego tak się dzieje. Trochę się bałam, lecz jednocześnie wiedziałam, że po coś na pewno to się dzieje. Czytałam w Internecie jak nad tym zapanować i może z kilka razy zrobiłam medytację i ćwiczenia, które miały mi pozwolić dokonać tego w kontrolowany sposób. Bezskutecznie jednak. W końcu w połowie marca nadeszła ta noc, gdzie zupełnie spontanicznie mi się udało. 

Trwało to raptem kilka – może kilkanaście sekund. Leciałam drugim, białym, świetlistym tunelem bardzo szybko, by wylądować… w chmurach. Zabawne, jednak podejrzewam, że nieprzypadkowe i podświadomość wybiera taką metaforę, by dokonać projekcji astralnej w sposób dla każdego indywidualnie zrozumiały. A ja metafory chmurek używam bardzo często. Tam czekała na mnie moja Mama. Szczęśliwa, uśmiechnięta, w pełni zdrowia. 

– Cześć! Jestem w końcu! Zobacz, radzę sobie! – zawołałam do niej.
– Widzę bardzo dobrze, że sobie radzisz. Tam leć, szybko! – odpowiedziała swobodnie, z pełnym luzem, jakby wiedziała, po co tam jestem i że potrwa to tylko krótką chwilę.  Wskazała kierunek do przodu.

Pobiegłam zatem lekko jak na skrzydłach, skacząc po chmurkach we wskazanym kierunku, by w końcu zobaczyć bliskiego mi męskiego ducha. Uśmiechniętą, pogodną twarz, która zawsze mnie rozczula i nie umiem się zbyt długo gniewać, gdy ją widzę. Wybuchnęłam śmiechem, widząc jak śmiesznie próbuje ustać w tych chmurkach. Zapadał się i nogi mu wystawały od spodu. Walczył o równowagę a ja wskoczyłam mu na szyję z całusami. Wylądowaliśmy razem rzucając się w miękkość tej chmury, która nas łaskotała po całym ciele i chichraliśmy się jak dzieci, że zaraz pospadamy. Przytuleni, szczęśliwi, w cudownym poczuciu błogostanu, że jesteśmy tutaj razem. Obróciliśmy się jak do wiosłowania. 

– To co, płyniemy? – nie pamiętam, które z nas rzuciło to pierwsze a które odpowiedziało: 
– Dawaj, płyniemy!

Pełni dobrej wiary zaczęliśmy odpychać się rękoma, by nasza chmura nabrała rozpędu i odpłynęła w nieznanym kierunku. Do odkrywania kolejnych fragmentów siebie ukrytych pod powierzchnią.

Kilka tygodni wcześniej było mi dane poczuć wybuch miłości bezwarunkowej. Miłości jako czystej energii, płynącej z serca do serca, nie zaś jako wyniku racjonalnej kalkulacji ego. Czysta, słodka, płynąca, błoga energia, którą poczułam całym sercem a głowa zachowywała całkowity, niezmącony spokój po raz pierwszy w życiu. Uczucie wolne od pustki i braku, całe ciało wręcz drżało od przyjemnych wibracji, które sprawiały, że miałam poczucie, że nogami nie dotykam ziemi.  Można by się przestraszyć, lecz zapewniam, nie ma czego się bać. Oczywiście po czasie dobrze się mówi, w tamtym momencie przestraszyłam się. Wyzwaniem jest przygotować swoje ciało do tego, by wytrzymało taką energię dłużej niż raptem kilka dni. I też wielką próbą jest zmierzenie się z tym, że być może, bo nie wiem tego, tylko ja poczułam coś szczególnego. Nikt nie może wiedzieć co dzieje się w drugim człowieku, o ile sam się tym nie podzieli.

Przeszłam też między latem a jesienią kilka tygodni walki sama ze sobą, by zaprzeczyć tym doświadczeniom i głęboko skrywanym uczuciom, jednak to było cierpienie nie do zniesienia. To nie byłam ja i na każdym kroku Wszechświat rzucał mi kłody pod nogi, by sprowadzić mnie do z powrotem do siebie. Nic nie płynęło, aż w końcu zrozumiałam, że nawet nieszczęsna, skręcona kostka jest znakiem, że poważnie zabłądziłam na swojej drodze. Chciałam być bardziej racjonalna i logiczna, ale jedyne co do mnie przyszło to gorycz tego, że jestem „kobietą walczącą”, z dominującą męską energią a może po prostu z energią z kobiecego cienia. Wiecznie trzymam gardę i jestem gotowa do walki z obawy przed ponownym zranieniem. Gdy spojrzę na kobiecą linię rodową po stronie Mamy, widzę tam przede wszystkim kobiety nieszczęśliwe, zablokowane i odcięte od swojej kobiecości. Nie wybieram tego dla siebie, wybieram powrót do własnej kobiecej energii. Do energii na zewnątrz miękkiej i falującej, otulającej i ciepłej. Kochającej i współczującej. I przez to bardzo potężnej i cudotwórczej. Kobieca energia jest wewnętrznie silna i rezylientna, lecz nie ma potrzeby na zewnątrz odgradzać się ani budować skorupy. W takiej wybieram być.

Ostatnie tygodnie to czas wielkiej pracy nad sobą i mierzenia się z ogromną dawką stresu. Podjęłam ważne dla mnie decyzje, jednak ciało mocno zaczęło cierpieć. Dosłownie opadałam z sił. Zaczęłam zatem szukać na własną rękę rozwiązania i szczęśliwie trafiłam pod igłę do mojej koleżanki, Klaudii. Od kilku tygodni co tydzień chodzę na akupunkturę, która pomaga mi stopniowo uwalniać wewnętrzny chaos i napięcia z ciała. Nie miałam pojęcia, że akupunkturą można podziałać na aspekt emocjonalny, ale okazało się to strzałem w dziesiątkę. Co z tego, że dusza się przebudza i umysł przepracował mnóstwo rzeczy, skoro dawne rany i traumy zalegają w ciele jak śmieci w starej piwnicy? Ciało jest magazynem danym, zbierającym emocje z całego życia. Wypieranie ich prowadzi do kumulacji napięć, aż w końcu do chorób wszelkiej maści. Emocje istnieją po to, aby nas o czymś informować. Nie po to, aby je oceniać i deprecjonować. Oceniać można jedynie mniej lub bardziej akceptowalne zachowania pod wpływem emocji, ale emocje same w sobie po prostu są i świadczą o zdrowiu psychicznym.

Ta projekcja astralna, której doświadczyłam w marcu była dla mnie prezentem i sygnałem, z czym powinnam się skonfrontować, by naprawdę pójść dalej. Największą lekcją na ten rok.

Na dnie, w najbardziej zapomnianym kącie, przykrytym stertą pajęczyny i mało istotnymi gratami, leżało to przed czym najbardziej uciekałam i nie chciałam w dorosłym życiu dopuścić tego do siebie z lęku, że nie przeżyję. Że rozpadnę się na kawałki, gdy pozwolę sobie wypuścić ten ból na zewnątrz… Jednak tam właśnie stał mężczyzna z chmurki z latarką i pokazywał palcem: „Tutaj, Paulino, tutaj Cię boli!” Doskonale wiedziałam, że może i wściekam się na niego, ale to nie o niego chodzi. Doskonale rozpracowałam zasady gry na etapie, w którym jesteśmy i umiem się bawić, ale ta zabawa była już mniej zabawna. Dotykała czegoś bardzo dużego i bolesnego. Wiedziałam, że nadchodzi czas, by się z tym zmierzyć, bo to tworzy blokadę przed pójściem naprzód, ale napisanie listu do Mamy, zadane mi przez psycholożkę, z którą się skontaktowałam na początku październiku odkładałam na później… Wybrałam psycholog pracującą holistycznie, która sięga po niestandardowe metody pracy, takie jak Totalna Biologia. To pozwoliło nam szybko ustalić, że mniej więcej w połowie osi mojego dotychczasowego życia jest punkt zapalny, który oddziałuje na mnie teraz. Wszystko połączyło się w spójną całość i nie było jak uciec samej przed sobą.

Mój chmurkowy towarzysz tylko odpalił spust pistoletu, dając mi szansę, by nareszcie w pełni zburzyć mur, jakim obwarowałam swoje serce od 14 lat nosząc w nim stłumioną, wypartą żałobę po śmierci mojej Mamy… Nie mogłam wpuścić nowej energii, gdy nie było jak wypuścić starej, stęchłej przeszłości… W piątek przed Wszystkich Świętych domykałyśmy proces nakłuwania w tym właśnie obszarze mojego życia. To był dobry, symboliczny moment.

– Czy jesteś gotowa puścić Mamę i zakończyć żałobę? – zapytała Klaudia. 
– Tak, wybieram, żeby to puścić. 

Opowiedziałam Klaudii o mojej projekcji astralnej i słusznie zauważyła, że Mama ewidentnie wskazała mi kierunek do przodu. Nie zatrzymywała mnie, nie kazała częściej do niej wracać, nie kazała palić więcej zniczy na cmentarzu. Dała jasno znać, że mam biec do życia, do miłości, do poczucia wewnętrznego spokoju. Iść do przodu już bez ciężaru doświadczeń z przeszłości.

Zapytałam tylko, na co się przygotować, bo weekend miałam pracujący. Dostałam jedno zalecenie: 

– Możesz iść do pracy i na to Twoje Impro, ale unikaj patrzenia w oczy. Głębokie spojrzenie może Cię bardzo poruszyć.

Żałoba to nie czarne ubrania noszone na pokaz. Nie plebiscyt na ilość wylanych na pogrzebie łez i nie zabronienie sobie uczestniczenia w życiu towarzyskim. Nie ma żadnego określonego standardu jej trwania. Żałoba to chaos rozpadającego się świata, w którym próbujesz za wszelką cenę przetrwać. Złapać jakikolwiek okruch bezpieczeństwa, bo w dzisiejszym świecie emocjonalne rozpadanie się nie jest w dobrym tonie. Dostaniesz dobre rady, spojrzenia omijające temat, bo inni mają gorzej i ewentualnie parę ćwiczeń z mądrej książki, by wziąć się w garść. Tymczasem jedyne czego potrzebuje człowiek w żałobie to tego, by ktoś potrzymał dla niego przestrzeń. Bezpieczną, bez oceniania, bez projekcji jak to powinno wyglądać i co jest w dobrym tonie, a co nie jest. Bo ta burza szybciej przejdzie, gdy pozwolimy jej po prostu swobodnie się wydarzyć. 

Wiedziałam, że może przyjść huragan emocji, więc wolałam, żeby nie rozpętał się w miejscach publicznych. Unikałam patrzenia w oczy i unikałam przede wszystkim tej jednej osoby. Choć czułam jak błogie i miłe ciepełko pulsuje w klatce piersiowej z radości, że kręci się gdzieś w pobliżu i nie wie nawet jaki był zabawny w balansowaniu w przestworzach.

Burza przyszła na szczęście dopiero w niedzielę i poniedziałek. Rozpacz i ból, który rozrywa serce na kawałki, łzy wielkości grochu płynące po policzkach strumieniem. Nie wiem nawet co dokładnie wyzwoliło tę reakcję, ale gdy przyszła, wiedziałam, że coś zaczyna się transformować. Usiadłam wieczorem we Wszystkich Świętych do zadanego listu spokojna i dziwnie lekka. Zaczęłam pisać. Po kilku zdaniach wstępu reszta popłynęła już lekko. 

To co napiszę być może dla wielu będzie niezrozumiałe i wręcz kontrowersyjne. Jednak podzielę się tym, może ktoś poczuje, że to także o nim. W moim liście miałam szansę skonfrontować się z pytaniem o co naprawdę chodzi? Czy chodzi realnie i personalnie o moją Mamę i utraconą relację z tą konkretną osobą? Czy chodzi o coś zupełnie innego?

Stając we własnej prawdzie dostrzegłam, że przecież nasza relacja nie była jakoś szczególnie bliska. Była poprawna i moja Mama była naprawdę sympatyczną i lubianą przez innych kobietą. Dobrą mamą na tyle, na ile miała ku temu warunki. Jednak bardzo nieszczęśliwą. Gdzieś głęboko w sobie noszę akceptację i zrozumienie, że życie mojej Mamy w młodym wieku zabrnęło w tak ślepą uliczkę choroby i bezradności względem własnego życia, że być może śmierć była dla Niej jedynym ratunkiem. Ulgą i odpoczynkiem. Być może dalsze życie na minimalnej rencie, na ogromnej ilości leków byłoby niekończącym się pasmem cierpienia, bezsilności i być może niepełnosprawności (moja Mama zmarła w wyniku rozległego wylewu po 2 mniejszych kilka miesięcy wcześniej). Czy chciałabym dla niej takiego życia z egoistycznych pobudek, żeby po prostu była przy mnie? Żebym nie została sama? Nie, nie chciałabym dla niej takiego życia ani dla nikogo innego. Gdzieś w sobie noszę akceptację, że jej wcielenie zrealizowało się według określonego planu i zakończyło w najlepszym dla Niej momencie.

To za czym tęskniłam przez 14 lat to dom i archetyp kobiety matki, który każdy z nas przechowuje w zakamarkach podświadomości. Ani rodzina, w której się wychowałam, ani dom rodzinny, w którym żyłam, nie był dla mnie bezpieczną przystanią. Nigdy nie realizowała się tam ta szczególna i najbardziej podstawowa dziecięca potrzeba bezpieczeństwa. Niektóre starsze obce dla mnie kobiety mają w sobie taki spokój i kojące ciepło, że lgnę do nich i darzę wyjątkowym rodzajem sympatii.  Sama pomału czuję, że zaczynam budzić w sobie ten archetyp. Niekoniecznie musi to iść równo w parze z macierzyństwem sensu stricte, choć nigdy nie ukrywam, że jednym z moich pragnień jest doświadczyć siebie także w tej roli, bo czuję, że to droga właściwa dla mnie. Nie dla mojej szklanki wody, lecz dla lepszej przyszłości świata, w którym już od jakiegoś czasu rodzą się dzieci wychowywane bez przemocy, w poczuciu bezwarunkowej miłości, akceptacji i szacunku dla tego, kim są. Wychowywane na ludzi świadomych i wolnych. Oni niosą potrzebną zmianę. A ja jestem za tym, by dzieci mieli wyłącznie ci, którzy czują, że mają ku temu wewnętrzne zasoby. Wewnętrzne na pierwszym miejscu. Nawet jeżeli z duchowego punktu widzenie nie o to chodzi, byśmy rodzili się w idealnych rodzinach.

Dla kobiety relacja z mamą jest najważniejszą z relacji. Brak tej relacji spowodowany śmiercią rodzica lub zachwiania na tej linii są wyjątkowo bolesne. Nawet, gdy relacja z rodzicem pełna jest emocjonalnego chłodu, odrzucenia i toksyczności, tęsknimy za naszą projekcją archetypowego idealnego rodzica. Dopóki ten realny żyje, często mamy tlącą się nadzieję, że jeszcze wydarzy się coś, co go zmieni i pozwoli naprawić tę relację. Jednak gdy umiera, nadziei już nie ma. Wiemy, że zostaliśmy sami w świecie i ta tęsknota paradoksalnie może być jeszcze trudniejsza do zniesienia, o ile nie mamy oparcia w sobie. Swojej bezpiecznej przystani, do której możemy wymknąć się w chwilach słabości. Najlepiej byłoby zbudować ją w sobie, choć to bardzo pracochłonny i enigmatyczny proces. U mnie w odpowiedzi na takie zalecenia zawsze pojawia się jedno pytanie: „No dobra, ok, ale jak to zrobić? Co konkretnie w działaniu mam zrobić, żeby to poczuć?” Nie jest prosto odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ja jeszcze szukam.

Relacja z mamą pozwala nam skontaktować się z własną kobiecością, poczuć się dobrze w swojej naturze oraz w seksualności. Trudno otworzyć się na piękno partnerskiej i pełnej bliskości relacji ze świadomym mężczyzną, gdy w podświadomości nosimy naszą mamę jako kobietę walczącą, zależną, słabą, uwiązaną, nieszczęśliwą, zaniedbaną i poświęcającą się. Gdy musiała zrezygnować z siebie i to, co wzamian otrzymała wcale nie dało jej spełnienia. Gdy pamiętamy małżeństwo naszych rodziców jak pole wiecznej urojonej walki o dominację, emocjonalnego chłodu, odwracania się od siebie lub co gorsza, przemocy w jakimkolwiek wydaniu. Gdy wiemy, że kobiety w naszym rodzie tyle wycierpiały, podświadomie boimy się dopuścić do siebie, że zasługujemy na więcej i że możemy to znacznie więcej otrzymać. Jakbyśmy czuły się winne, że to nie wypada, gdy one miały tak ciężko. Nie w każdym rodzie, ta która się buntuje i chce zmiany będzie miała kibiców. W moim widzę przede wszystkim silne i krzywdzące przywiązanie do wzorców patriarchalnego świata, którego kobiety w większości zaciekle bronią. Stojąc w Zaduszki nad grobem Mamy symbolicznie uwolniłam Ją od obowiązku bycia przy mnie, domykając tym samym proces żałoby w sobie. Podziękowałam za to, co mi dała i byłam wewnętrznie gotowa, by pójść swoją drogą na własnych nogach. Z intencją napisania nowego wzorca dla przyszłych pokoleń kobiet w mojej rodzinie.

Jestem wdzięczna, bo czuję jak dosłownie uwolnił się zalegający od kilku miesięcy ciężar w okolicy klatki piersiowej. Teraz jest tam zaskakująco lekko, energia zaczyna powoli płynąć a ja oddycham głębiej. Klaudia napisała, że wręcz książkowo i cieszy się, że się udało. Zrobiłyśmy w ostatnich tygodniach takich zabiegów kilka, za każdym razem z inną intencją. Ten był domknięciem procesu. Jednym z moich ulubionych było „zrobienie dookoła serca miękkiej, filtrującej poduszeczki z gąbki.” Zamiast pancerza czy twardej tarczy ochronnej po prostu miękka otoczka, czy to nie piękne?

Zauważalnie się wyciszyłam po tym procesie. W ciele, w sercu, w głowie. Mam wrażenie, jakbym odkryła inną warstwę mojej osobowości. Spokój umysłu, ze współczuciem dla samej siebie i innych też. Z autentyczną akceptacją. Z pogodzeniem się ze stratą tego, co mi było bliskie i kochane, lecz błędnie zakładałam, że będzie moje na zawsze. Przez lata nosiłam w sobie zadrę i ból wypierania Mamy ze swojego życia, bo nie chciałam kochać kogoś, kto mnie porzucił, zostawił, odszedł sobie tak nagle… Miałam wobec niej dużo żalu, o to czego mnie nie nauczyła, jakiego dobrego wzorca mi nie przekazała. Nie pokazała jak kochać i szanować siebie na pierwszym miejscu. Teraz rozumiem i akceptuję, że dała mi tyle, ile mogła dać. Wydaje mi się,  że i tak znacznie więcej niż sama dostała. Czuję teraz, że nie muszę wypierać tych uczuć jakie wobec niej żywię. Mogą sobie po prostu być… życzliwe i ciepłe, pomimo dróg, które się rozeszły. Taka jest przecież istota miłości bezwarunkowej.  Reszta jest teraz w zakresie mojej odpowiedzialności. Uczę się, popełniam błędy, wyciągam wnioski, znowu próbuję i sprawdzam moje czy nie moje? Zostawić to czy puścić? 

Ten rok pełen przypływów i odpływów wiele mnie nauczył. Dziękuję tym, którzy ze mną byli.

Dodaj komentarz